środa, 14 stycznia 2015

No dobra, skłamałam.
To jest ostatni post.

Chciałam Was tylko odesłać tutaj.

wtorek, 13 stycznia 2015

URODZINY BLOGA | THE END

Tutututuuu uwaga moi kochani, których za wiele już tu pewnie nie ma ;)

Fantasy-Cupcakes, mój pierwszy blog na blogspocie, za dokładnie dzień kończy dwa lata. 


Nie będzie to jednak wybitnie radosny czas - postanowiłam zamknąć tego bloga. 
Wiąże się z nim wiele wspomnień, dzięki niemu poznałam wiele wspaniałych osób, 
którym strasznie dziękuję za wsparcie! 
Dziękuję, że byłyście ze mną przez cały ten czas.

Więcej nie pojawi się tu więc już żadna notka. Never. 
Stwierdziłam, że nie ma szans, bym tu wróciła.
Nie będę jednak taką sadystką i jeśli zatęsknicie 
za którymkolwiek opowiadankiem stąd - zawsze możecie tu wrócić. 
Nie usunę bloga przez zwykłą ludzką sentymentalność i pychę - trochę komentarzy tu było!

Poza tym - dzięki temu będę mogła kiedyś usiąść w bujanym fotelu z nowoczesnym laptopem na kolanach
i powspominać.

Dziękuję wszystkim jeszcze raz za to, że tu zaglądali.
Dziękuję, że Was poznałam.

Obyśmy jeszcze się kiedyś zetknęli na blogsferze...


środa, 24 grudnia 2014

#CCC Wszystko fikcją.

Świat jest jedną wielką fikcją. Teatrem, w którym każdy odgrywa swoją małą rolę. Najważniejsze jest, by znaleźć swoje miejsce, swój scenariusz, swoją gębę. Jeśli nie wiemy, kim mamy być, jak mamy się zachowywać.

Tak... To wielki problem, z którym sama próbuję się uporać. Myślałam, że odnalazłam już swoją rolę, wciąż jednak gubię się za kulisami, co chyba znaczy, że to nie jest to, że powinnam szukać czegoś innego. Wszystko wymyka mi się spod palców.
Doszłam do pewnego bolesnego odkrycia. Jestem po prostu zbyt powierzchowna, by być kimś. Jestem niby blisko, ale jednocześnie okropnie daleko od wszystkich i wszystkiego. Mogłabym rzec, że jest we mnie morze stoicyzmu, ale emocji mi nie brakuje. Nie wiem co jest ze mną nie tak...

Cupcake. znów łapie doła. Pozdro.

Święta

YAAAAAAY.
Wszystkiego najlepszego wszystkim, weny, pomysłów i czasu. Słowem - wszystkiego, czego pisaczom najczęściej brakuje.

Buźka!

niedziela, 4 maja 2014

#CCC, czyli Cała Cukierkowa Cupcake. [1]

Przepraszam, jeśli na to trafiliście. Internety rządzą się swoimi prawami, a ja potrzebuję małych wyjaśnień. Nie pytajcie. Ten post będzie inny niż zwykle i wybaczcie.

Mnóstwo błędów, ale zero siły czy chęci. Dół bardzo.

~~·~~·~~·~~·~~

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że żeby poznać siebie najlepiej jest napisać o sobie bajkę. Co więcej, wymyślić sobie szczęśliwe zakończenie, do którego będzie się dążyć. Może warto spróbować?
Ekhem.

W małym mieście, w pewien wtorek na świat przyszła dziewczynka. Jej rodzina była normalna. Mama i tata. Podobno się kochający. Pewnie szczęśliwi. Mała dziewczynka od małego była... jaka ja właściwie byłam? *przekopuje pamięć* Była mała, krucha i humorzasta. Zwłaszcza to ostatnie zostało jej po dzis dzień (a warto nadmienić, że żyje już ponad osiemnaście wiosen...). Tak czy inaczej, mała dziewczynka dawała się wszystkim we znaki. Zasłyszała nawet historię jakoby to przez jej humorki, fochy i histerie radośni rodzice zerwali sporą cześć swoich kontaktów. Cóż, takie życie. Dziewczynka dorastała więc głównie w towarzystwie rodziców, dziadków, babciów, wujków, ciociów, kuzynów i kuzynek, dalszej i bliższej rodziny (chociaż ta teoretycznie nie jest taka duża), a także ewentualnych dzieci z podwórka. Właśnie przez "podwórko" dziewczynka poznała swoją pierwszą prawdziwą przyjaciółkę. W dodatku w pełni realną. Po dziś dzień ckliwie uśmiecha się na wspomnienie parkingu i malowania kredą. Ta przyjaźń trwa już dobrze 10 lat i nie wygląda na to, by miała się ku końcowi. Przynajmniej ta jedna. Od zawsze jednak dziewczynka była w większości jednak typem samotniczki - może przez te swoje histerie do tego doprowadziła? Ale, o ironio, mimo swojego pragnienia spokoju bez ludzi, wciąż dążyła do tego, by jednak znaleźć kogoś w tłumie, do kogo mogła się odezwać. Oczywiście natrafiała na lepsze i gorsze pseudoprzyjaźnie, ale do nikogo się nie przywiązywała. Oprócz Smerfetki, z którą wciąż co jakiś czas wyprowadzają psy. O ile ta ma czas i nie spotyka się z kimś ze swojego przerośniętego grona znajomych, no cóż. Tak jakoś tuła się przez większość życia głównie samotnie. Nie umie nawiązywać znajomości, ma ciągłe wrażenie, że czegoś w niej brakuje. Sama jednak nie umie jednoznacznie określić czego. Takie życie.
Klasa szósta była swego rodzaju przełomem. Nabrała pewności siebie i pogodnego spojrzenia na świat. Wtedy promieniała. Pamięta po dziś dzień, jak przyjaciółki z tamtego okresu zwracały jej uwagę na zaloty chłopaka, w którym sama kochała się... dwa lata wcześniej. Nie zeszła się z nim, ale wciąż nieśmiało się uśmiechają, gdy mijają się ulicą. Czasem zdecydują się na "cześć". Szósta klasa, czas pożegnań. Zżyła się z tymi ludźmi, mimo że towarzystwo nie było wyszukane i pełno było z nim problemów. Przyzwyczaiła się. Mimo określenia "najgorsza klasa w szkole" nabierającego nowego znaczenia (doklejana kartka na uwagi chyba o czymś świadczy?), ta garstka dzieci, później już nastolatków, zgrała się akurat wtedy do tego stopnia, że było ciężko się rozejść i odejść do nowej szkoły. Mimo całej niechęci do samej tej placówki oświatowej (och, taki piękny synonim!). Nowa szkoła, nowi ludzie, szanse na nowe przyjaźnie... w większości zmarnowane. Nasza bohaterka (czyt. ja) należała zawsze do tych "grzecznych uczniów, niesprawiających problemów wychowawczych". Tak, super, problem w tym, że większość takich jest sama. SAMA. S-A-M-A. S. A. M. A. Dziewczynka nigdy nie miała problemów z nauką. Bystra po rodzicach, z dość dobrą pamięcią słuchowo-wzrokową, podobno inteligentna. W swojej "inteligencji" jednak często strasznie pogubiona. Bez problemu zyskuje sympatię nauczycieli, uśmiecha się i umie większość z nich owinąć sobie wokół palca, co bezkarnie wykorzystuje, kiedy tylko może. Szkoda, że na rówieśników tak to nie działa.
Od dzieciństwa kochała recytować. Teatr szybko staje się jej pasją. Zaczęła wiązać z tym przyszłość, już kiedy w piątej klasie występowała w przedstawieniach religijnych i była chwalona za dykcję i głos. Nie do śpiewu. Tak do mówienia. Że jest nośny. Czy coś. Może i drzemie w niej jakaś drobinka talentu aktorskiego, tak czy inaczej korzysta z tej ciupki, ile tylko wlezie. I kiedy tylko nadejdzie okazja. Tak czy inaczej w pierwszej gimnazjum, w nowej szkole, w której ma zostać jeszcze sześć lat, wstąpiła do szkolnego teatru. Nie wiedziała, jak wielką ostoją i jednocześnie powodem kolejnych lawin kłopotów może być ukochane miejsce w szkole. Teraz wie i boi się co ją jeszcze czeka. To właśnie tam poznała najbliższe serduszku osoby w tym okresie życia. Bez zagłębiania się w szczegóły - znalazła bratnią duszę (chociaż teraz już nie jest taka pewna...), grała małe dziewczynki, rozważała problemy metafizyczne, podkochiwała się w starszych kolegach, wygłupiała się... *ten fragment zostanie jeszcze uzupełniony o przynajmniej jedną historię, nie zapomnij Cup o 3ciej gimbazie, o M i o A*
Jeśli jednak chodzi o klasę... W gimnazjum nasza bohaterka nie znalazła sobie wśród rówieśników nikogo na dłuższą przyjaźń. Coś gdzieś kiedyś się w niej zatrzasnęło i nie umiała się zaangażować. Zamiast tego zdobyła tytuł laureatki z polskiego i biologii. Można? Można. W tym czasie też natafiła na grubą przeszkodę w postaci dołka pisarskiego, który ciągnął jej się przez drugą i trzecią klasę gimnazjum. Och, nie wspomniałam wcześniej, że zdarzało jej się coś pisać? No, to teraz wspominam. Lubiła pisać. Już w podstawówce czuła do tego pociąg (gdyby nie to, pewnie nawet nigdy nie powstałby ten blog). W desperacji zakładała kolejne zaszyty na swoje opowiadania, które niestety zazwyczaj kończyły się po kilku stronach zapisanych jej kulfoniastym pismem.
Dziękowała Bogu za zakończenie gimnazjum. Modliła się o to, by odpocząć i oto Bóg dał jej cudowne wakacje, które nosi w swoim serduszku cały czas. Nie będę się zagłębiać w szczegóły. Po prostu coś się w niej przełamało i zza onieśmielonej nagle przez gimbazę dziewczynki znów wyłoniła się ta promienna osóbka z szóstej klasy. Cieszyła się każdym dniem i... jakoś to było.
Kiedy zaczęło się liceum wciąż nosiła w sobie wakacyjną radość. W jej klasie okazały się być dwie osoby, które skądś przez coś znała. Zaczęła z nimi trzymać, szybko zebrały się we trzy. Na obecne potrzeby nazwijmy te dwie pozostałe Parką. Już pierwszego dnia w szkole Parka dogadały się i siedziały ze sobą na matmie, więc dziewczynka, chcąc nie chcąc, usiadła z kimś innym, z kim również miała się dogadywać. Przez miesiąc. Tak czy inaczej Parka i dziewczynka umacniały więzi. Wkrótce do ich grupki dołączyła jeszcze S. Niedługo po niej grupka powiększyła się o Papużki i liczyła sobie sześć osób. Idealna liczba na grupkę przyjaciółek szkolnych: ławki w szkole są po dwie lub po trzy osoby. Po prostu cudownie. Nikt nie wie kiedy jedna z Parki zaczęła się oddalać, a kiedy wróciła... doczepiła się do nich również A. Grupka miała siedem osób. Szczęśliwa siódemka. Maj i czerwiec były najszczęśliwszymi miesiącami dla nich wszystkich. Dziewczynka nigdy nie czuła z nikim takiej więzi. W czasie wakacji wszystko klapło. A po nich grupka liczyła sześć osób i nie obejmowała już dziewczynki.

_____
Koniec smutów na dziś. Amen. Dalsze rozważania, kiedy będę coś widzieć przez łzy.

Pozdrawiam.

Cupcake.

niedziela, 23 marca 2014

The Lucky Seven Award For Bloggers

Nie pytajcie co mnie naszło, bo sama nie wiem... Jest sporo nagród dla bloggerów, jednak takiej chyba nie znalazłam. Myślę, że pora docenić to, jak słowami autorzy wpływają na emocje <3

The Lucky Seven Award
"Szczęśliwa Siódemka"
Nagroda przyznawana, by docenić umiejętność wpływania na emocje.
Jak wiadomo, nie każdy autor potrafi zaczarować swoim opowiadaniem i sprawić, że odczuwamy to, co bohaterowie.

Zasady:
Nominowany/a:
1. dziękuje za nominację (kultura przede wszystkim),
2. wymienia siedem powodów, by czuć się szczęśliwym,
3. zdradza, w jaki sposób wczuwa się w swoje postaci,
4. nominuje siedem kolejnych bloggerów, podając powody nominacji w kilku zdaniach.

UWAGA!
Nagroda może być przyznana dla konkretnego bloga lub za całokształt twórczości.

No, więc zaczynam ^^
Mam nadzieję, że nagroda się przyjmie w bloggerowym środowisku <3

1. Podziękowanie.
Cóż, jestem pionierką tej nagrody, więc nie mam komu dziękować...
Ha! Już mam! Dzięki wielkie, Al ;*

2. Siedem powodów, by czuć się szczęśliwym:
- życie i zdrowie (pozwoliłam sobie umieścić to w jednym punkcie; uważam, że to podstawowy powód, by być szczęśliwym),
- miłość (everywhere! Kiedy jesteśmy kochani przez kogoś od razu jest lepiej, czyż nie?),
- robienie tego, co się kocha (pasje naprawdę czynią nas szczęśliwszymi ludźmi, często pomagają nawiązać przyjaźnie itepe)
- przyjaciele (czas spędzany z bliskimi nie da się porównać do niczego innego; przyjaciele pomagają nam przezwyciężyć problemy, strachy i przeciwności *tak bardzo poetycko*)
- czekolada & kakao (kocham no <3 Rozbiłabym na dwa powody - ten czekoladokakaoholizm, jednak chyba nie ma co rozwlekać hyhy endorfiiiiny!)
- książki (ten moment, gdy z każdą stroną coraz bardziej wgłębiasz się w historię, przywiązujesz do bohaterów i poznajesz nowy świat...)
- wena lub jej brak (wiem, może to dziwnie brzmieć xD Często jak mam wenę mam ochotę wybić wszystkich w pień, bo przychodzi nie w porę, ale ogólnie teoretycznie przynosi radość, bo w końcu można coś mniej więcej wartościowego napisać)

3. Sposób, by wczuć się w postaci:
Zazwyczaj nie mam z tym problemów - moje bohaterki są do mnie zbyt podobne, żebym nie wiedziała, jak powinny reagować na dane wydarzenie. Inna bajka przy np. Whatever, kiedy postać ma ze mnie najmniej jak się da. Staram się wtedy myśleć jak ona. Często podczas pisania staram się nawet stanąć tak jak bohaterka, co bywa naprawdę dość śmieszne. Wyobrażam sobie, że jestem na miejscu danej postaci i... jakoś idzie.

4. Nominuję:
· Alexa
Kochanie Ty moje! Grasz swoimi opowiadaniami na moich emocjach jak Chopin na klawiszach! Zalewam się łzami, skaczę po pokoju... Co Ty ze mną robisz? Kurcze, jesteś moim miszczem, Imienniczko ;*
· Paula <-- i owszem, tłumaczenie, ale tłumaczyć też trzeba umieć <3
Zdecydowanie Ci się należy ^^ Nie wiem, nie czytam innych tłumaczenień raczej, Twoje jest mega! Świetnie dobierasz słowa i emocje buchają z każdej linijki.
· Desia
Twoje poczucie humoru <333 No i yaoi huehuehue. Przy każdym z Twoich opowiadań itp. siedzę jak na szpilkach, emocje mną targają... Tak, uwielbiam to xD
· Evie (link do nowego bloga)
Evie! Z Twoich opowiadań płynie rzeka emocji, w której uwielbiam się zanurzać *ja taka poetka* Mam nadzieję, że w tej historii o zombiakach będzie tak samo ;*
· Clarie
No, jakby mogło Cię tu zabraknąć? ^^ Blog utytułowany Najlepszym Blogiem Segregatora... Co prawda mam zaległości, ale wiem dobrze, jak potrafisz oddać emocje. Brawa!
· Hermionija
Nie wiem, czy dalej piszesz, narobiłam sobie u Ciebie górę zaległości xD Ale to, co przeżywałam czytając... magia po prostu <3
· cóż, siódmej osoby nie mam, ponieważ chwilowo wycofała się z bloggerowego półświatka... Mam nadzieję, że wróci i będę mogła wręczyć jej tę wyjątkową nominację ;* Owszem, mogłabym nominować kogoś, jednak raczej nie mam odpowiedniej osoby... wybaczcie ;c

Jako że dodaję z telefonu, nie wiem gdzie dokładnie znajduje się logo nagrody, stworzone przez Evie ^^ W każdym razie wielkie jej dzięki za to!

Tak czy inaczej mam nadzieję, że TLSAward przyjmie się tak jak inne nagrody (np. Liebster Award, które jest WSZĘDZIE)... Czymajcie kciuki!

Wasza Cupcake.

wtorek, 31 grudnia 2013

Pustka. Rozdział 1: Zmieniłaś się.

Źdźbła trawy łaskotały moją skórę. Boso przemierzałam Łąkę, rozkoszując się kropelkami na stopach. Biała, zwiewna sukienka, którą miałam na sobie, plątała mi się między nogami, a jej rąbek był mokry od rosy. Włosy przeczesywał mi ciepły wietrzyk. Tak, to miejsce było moją utopią. W oddali majaczyły jasne postaci. Zawsze chciałam być jak one. Całkowicie czysta, idealna, pewna siebie, władcza. Było w nich coś magicznego, coś co nie pozwalało odwrócić się od nich. Skupiały na sobie uwagę, zmuszając do posłuszeństwa. I nikt nie miał im tego za złe.
Na moim ramieniu przysiadł mały, niebieski ptaszek i skinął mi drobną główką, żartobliwie skubiąc moją skórę. Uśmiechnęłam się do niego i rozłożyłam ręce, unosząc je do góry. Ptak rozłożył skrzydła i, muskając mnie piórami, odfrunął. Przyglądałam się jego smukłej sylwetce powoli ginącej na tle nieba. Marzyłam o skrzydłach. Chciałam umieć latać i móc odfrunąć gdzie tylko bym chciała. Bezgraniczna wolność była moim największym pragnieniem.
Ruszyłam powoli przed siebie, jako cel obierając sobie białe postaci, które widziałam na horyzoncie. Kroczyłam uparcie przed siebie, wierząc, że kiedyś do nich dotrę. Zamiast jednak się do nich przybliżać stale się oddalałam. Moje stopy poruszały się coraz szybciej, miałam wrażenie, że praktycznie nie dotykają ziemi. Zaczynałam unosić się w powietrzu. Oczy zaszły mi łzami szczęścia, gdy zauważyłam swój cień. Nie wyglądałam już jak człowiek. Stawałam się swoim marzeniem...

Skrzyp.

To on musiał mnie obudzić. Leciutko rozchyliłam powieki, by zobaczyć, kto postanowił przerwać mój sen. Drzwi pokoju były otwarte na oścież, tak samo jak okno (musiałam zapomnieć je zamknąć po wschodzie...). Promienie beztrosko pląsały po drewnianej podłodze, wdzięcznie wpadając przez okiennice. Do mojego nosa doszedł zapach świeżo skoszonej trawy. Rozejrzałam się po pokoju, wciąż prawie nie otwierając oczu. Dopiero po chwili dostrzegłam sylwetkę na fotelu. Nie mogłam jej z nikim pomylić. Kobieta o lekko lekko pulchnej twarzy uśmiechała się do mnie czule. Nie miała pojęcia kim naprawdę jestem. Nie miała pojęcia o Rozkazach ani białych postaciach. Była zwykłym, niepowtarzalnie dobrym i wierzącym człowiekiem. Ze wstydem muszę przyznać, że zawsze zazdrościłam jej prawdziwej córce. Kiedy nachodziło mnie jednak to nieprzyjemne uczucie zawsze jakiś głosik w mojej głowie przypominał mi, że ona nie jest niczego świadoma. Teoretycznie miało mnie to uspokoić, praktycznie denerwowałam się jeszcze bardziej.
Błękitne, pełne miłości oczy wpatrywały się we mnie wyczekująco. Czekała aż się obudzę. Powstrzymując cisnący mi się na usta uśmiech, leniwie podniosłam powieki. Drgnęła. Zawsze tak reagowała. Uniosłam głowę, delikatnie unosząc kącik ust w grymasie wybudzonego ze snu dziecka.
- Witaj, śpioszku - szepnęła cicho, poprawiając się na fotelu. Zawsze tak mnie witała.
Podniosłam się na łokciach, po czym odrzuciłam kołdrę na bok i usiadłam wygodnie na miękkim łóżku. Przyglądałam się jej chwilę, obserwując miarowo unoszącą się klatkę piersiową, wesołe oczy i delikatne dołeczki w policzkach.
- Witaj, mamo - nie mogłam pozbyć się tej niepewności w głosie.
Tym razem jednak kłamstwo, ciągnięte przez tak wiele lat wciąż było koniecznością. Nie mogłam przestać. Wciąż czekałam na Rozkaz. Wiedziałam, że kiedyś musi nadejść, że jakieś wieści kiedyś dotrą i tu. A jednak nadzieja i wiara powoli mnie opuszczały. Tęskniłam za Łąką, na której byłam naprawdę szczęśliwa. Nie to, że tu było mi źle. Pod niektórymi względami mogłoby być to najcudowniejsze miejsce na Ziemi. No właśnie,  chyba największym problemem okazywało się jedno słowo, które wbijało się we mnie jak jakiś cierń. Ziemia. To właśnie to najbardziej mnie gryzło.
- Zejdź na śniadanie - kobieta uśmiechnęła się do mnie, wstała z fotela i przeciągnęła się. - Ubieraj się, dziś szkoła - pogroziła mi żartobliwie palcem i zaraz zniknęła za drzwiami.
Niechętnie podniosłam się i podeszłam do okna, by je zamknąć. Kiedy na parapecie odkryłam małego ptaszka aż pisnęłam z zaskoczenia. Był identyczny jak ten ze snu.
- Czy to jakiś znak...? - wyszeptałam, przyglądając się mu. Mój gość przechylił łebek, rozłożył skrzydełka i wzbił się w powietrze, by zaraz zniknąć między liśćmi dębu. - Jeżeli to był znak mógłby być konkretniejszy! - westchnęłam, zamykając okna.
Po chwili już byłam na dole, umyta i ubrana. Moja "mama", Sylwia, w różowym fartuszku krzątała się po kuchni jak idealna gospodyni. Jasna kuchnia była sercem tego domu. Słoneczne blaty i drewniane szafki zachęcały do przygotowywania posiłków, a wielki stół stojący na środku zdawał się napominać do jedzenia wspólnych posiłków. I zazwyczaj słuchaliśmy się tego mebla. Jakkolwiek to brzmi. Nie pamiętam obiadu, którego nie jedlibyśmy w iście rodzinnej, sielskiej atmosferze, przy rozmowach na nieistotne tematy. Ktoś z zewnątrz mógłby stwierdzić, że jesteśmy idealną rodziną. Mógłby, ale nikt tak nie twierdzi. Trzymamy się na uboczu. Sylwia i Robert praktycznie z nikim się nie spotykają. Dlaczego? Wciąż próbuję to zrozumieć. Są naprawdę niesamowicie miłymi ludźmi, a jednak nie mają przyjaciół. Mieszkańcy Doliny patrzyli na nich krzywo, a ja nie wiedziałam dlaczego. Pasowali do idealności, sielskości tego miejsca tak idealnie, a jednak byli odtrącani. Od kiedy się tu zjawiłam wciąż się nad tym zastanawiałam.
- Herbata czy kakao? - uśmiechnęła się Sylwia, zauważając mnie.
- Kakao - odparłam, opadając na krzesło przy stole.
Za chwilę na blat wjechały kanapki, płatki i mój ulubiony napój.
- Kiedyś zawsze wybierałaś herbatę - nostalgiczny szept wdarł się do mojej czaszki.
No tak. Kolejny raz. Kobieta musiała być pewna, że tego nie słyszę. Nigdy otwarcie nie rozmawiała o czasie "przed". Przed moim przybyciem (o którym nie wiedziała), przed zniknięciem jej córki (o tym też nie miała pojęcia), przed tajemniczym CZYMŚ (o czym nikt nie chciał mi powiedzieć). Za mało wiedziałam i mimo tak długiego czasu tutaj wciąż popełniałam głupie błędy. Chcąc ukryć moje zakłopotanie, chwyciłam kubek i zanurzyłam usta w słodkim napoju. Co dziwne, właśnie on kojarzył mi się z Łąką, z moją utopią. Uspokajał mnie, dawał poczucie bezpieczeństwa i czyjejś opieki. Tak, kakao kojarzyło mi się z Domem, tym prawdziwym, moim Domem.
- Jedz szybko, tata zawiezie cię do szkoły.
Robert pracował ze dwie przecznice od mojej szkoły, więc często mnie podwoził. Lubiłam z nim jeździć. Prowadził spokojnie i przepisowo. Był chyba najłagodniejszym człowiekiem, jaki chodził po Ziemi. We wszystkim dostrzegał promyczek nadziei i dobra. Chyba nigdy się nie poddaje. Kiedy postawi sobie cel wytrwale do niego dąży. Jest naprawdę ambitny i pracowity. Oprócz tego czuły i opiekuńczy. Idealny ojciec i mąż, nic dodać, nic ująć.
Szybko wsunęłam śniadanie i zaraz byłam gotowa do wyjścia. "Tata" czekał na mnie na podjeździe, przy swoim Qashqai'u, w biznesowym garniaczku i niedbale nałożonym cienkim płaszczu. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się miło i obszedł samochód, by otworzyć mi drzwi od strony pasażera. Grzecznie wsiadłam. Nie odzywał się, ale to było do przewidzenia. Był dość małomównym, przywiązanym do tradycji gentelmanem. Nie przeszkadzało mi jednak milczenie między nami. Dogadywaliśmy się bez słów. Muszę się przyznać, że z nazywaniem go "tatą" był mniejszy problem niż z mówieniem "mamo" do Sylwii.
Z radia płynęła cicha, spokojna melodia. Pewnie jakiś Beethoven czy Bach, Robert ich uwielbiał. Uważał, że tylko przy dźwiękach muzyki klasycznej można wydajnie pracować. Kto wie, może i ma rację, nie mnie oceniać. Często puszczał ich kompozycje w domu, by rozruszać moje szare komórki. Teraz jednak tacie zależało na bezproblemowym podrzuceniu mnie do szkoły, a klasyka pomagała mu się skoncentrować. Pod jego czujnym okiem zapięłam pas i rozsiadłam się na wygodnym fotelu, przyglądając się przekręcanemu w stacyjce kluczykowi. Silnik posłusznie zaburczał i ruszyliśmy. Za oknami migały zielone drzewa, pola i małe domki. Przepisowo zatrzymywaliśmy się na czerwonych światłach, powoli wjeżdżając coraz bliżej centrum Doliny. Małe miasteczko, którego wszyscy mieszkańcy żyli na peryferiach nie było specjalnie rozbudowane. Kilka ulic na krzyż, niewielka dzielnica handlowa, ze dwa banki i pare urzędów - ot, i całe miasto. Już po chwili Robert zaparkował na małym placu przed szkołą i spojrzał na mnie niepewnie. Szybko wychyliłam się i musnęłam wargami jego policzek, po czym wyskoczyłam z samochodu i, machając mu, ruszyłam na lekcje.

Liceum w Dolinie było typową szkołą. Duży budynek z czerwonej cegły, ogrodzony czarnym parkanem, z kamiennymi schodami i wielkimi drewnianymi wrotami ukrywającymi jasne korytarze i znudzonych uczniów. Nie lubiłam tej szkoły. Żywiłam do niej głęboką urazę już od pierwszego dnia, którego wolałabym nie wspominać. Tragedia. Moje życie towarzyskie umarło zanim zdążyło się narodzić. Totalna porażka, jak z resztą cała ja. Chodząc korytarzami starałam się już w żaden sposób nie zwrócić na siebie uwagi. A podobno kiedyś miałam dużo znajomych. Według tego co mówi Sylwia... Teraz jednak od kiedy zamieniłam się z jej córką na miejsca jakoś nikt nie miał ochoty ze mną rozmawiać. W sumie, samej mi na tym niezbyt zależało.
Trampki irytująco piszczały na wypolerowanej posadzce. Nerwowo poprawiłam plecak na ramieniu, unikając kilku przeszywających spojrzeń i szybkim krokiem ruszyłam w stronę sali historycznej. Miałam nadzieję, że lekcja szybko minie i będę mogła całą spokojnie przesiedzieć, patrząc w okno. Cieszyłam się, że udało mi się zająć jedno z ostatnich miejsc w klasie. Dzięki temu, o ile w moim otoczeniu było w miarę cicho, mogłam spokojnie się wyłączyć. Usiadłam w swojej ławce i zaczęłam przyglądać się pobliskiej jarzębinie. Na wiotkiej gałązce przysiadł wróbel, nieśmiało skubiąc liście. Po chwili dołączyła do niego sikorka, kręcąc małym łebkiem. Z uśmiechem przyglądałam się tym wesołym stworzonkom, poszukującym pożywienia, mimo wszystko jednym uchem słuchając nauczycielki. Mówiła coś o komunizmie. Niezbyt mnie to interesowało, ptaki były o wiele bardziej intrygujące, zwłaszcza w momencie, gdy do wróbla i sikorki podleciał mój niebieski towarzysz ze snu. Wtedy nawet ruch na krześle obok, zawsze pustym, nie zwrócił mojej uwagi. Dopiero gdy ptaki odfrunęły, wirując w powietrzu, zauważyłam szatyna tuż obok mnie. Zielone oczy przemykały z rozbawieniem i nieskrywanym zaciekawieniem po mojej twarzy. Miał lekko garbaty nos i pełne wargi, które zagryzał, jakby w zamyśleniu. Niezbyt zwracałam wcześniej uwagę, na ludzi z klasy. Niezbyt mnie interesowali. Marzyłam o tym, żeby już skończyć szkołę... a najlepiej wyrwać się stąd na Łąkę. Chłopak uporczywie się we mnie wpatrywał, więc jak zawsze odwróciłam wzrok, wlepiając go w obrazek z podręcznika. Kto na nim był, w życiu sobie nie przypomnę... Wciąż czułam na sobie palące spojrzenie, więc zaryzykowałam i zwróciłam twarz ku chłopakowi. Uśmiechnął się lekko.
- Czemu tak się na mnie patrzysz? - syknęłam cicho, nie chcąc zwrócić na siebie uwagi nauczycielki.
- Zmieniłaś się - odparł tylko, po czym  przeniósł wzrok na tablicę.
Nie odzywaliśmy się do siebie później. W głowie rozważałam jego słowa, próbując odnaleźć ich ukryty sens, podtekst. Cokolwiek, czym mógł chcieć mnie urazić. Jego obecność jednak dziwnie mnie rozpraszała. Mimo ponownego pojawienia się niebieskiego ptaszka na parapecie, nie mogłam się na nim skupić, mimowolnie wracając spojrzeniem do kolegi z ławki. Nie miałam pojęcia nawet jak się nazywał. No tak, po co zawierać znajomości, skoro i tak w końcu przejadę się na ludziach. Im nie można ufać. Nigdy. Kimkolwiek by nie byli.

Kiedy w końcu wyszłam ze szkoły czułam się gorzej niż zwykle. Byłam kompletnie przytłoczona ilością zadań domowych, nauki i podejrzanymi spojrzeniami szatyna. Marzyłam tylko o moim miękkim łóżku i kubku kakao. Tak niewiele uczyniłoby mnie najszczęśliwszą osobą na Ziemi. Nie mogłam jednak liczyć na szybkie spełnienie pragnienia - Robert pracował dziś do późna, co dla mnie oznaczało spacer przez całe miasto.
Tuż obok liceum mieścił się mały, drewniany, sprawiający wrażenie opuszczonego kościółek. Lubiłam tam zachodzić. Większość mieszkańców Doliny omijała go szerokim łukiem twierdząc, że nie wierzą w Opatrzność, ani w Boga. Nie wiedzieli tego co ja... Ten budynek był jedynym takim miejscem w Dolinie. Często zachodziłam tam, wracając do domu. Na parafii pracował starszy Ksiądz, którego kazania chwytały za serce. Odwiedzanie go i słuchanie jego opowieści było jednym z najlepszych zajęć, jakimi mogłam się tutaj zajmować. Dyskusje z Księdzem z kolei bywały bardzo zażarte. Miał swoje poglądy, ja swoje. Często spieraliśmy się w niektórych kwestiach, ale zawsze jakoś się dogadywaliśmy. Miejsce to miało w sobie coś uspokajającego, coś co przybliżało mnie do mojego domu...
Tym razem jednak, gdy tylko postawiłam stopę na skrzypiących deskach, poczułam się inaczej niż zawsze. Ogarnęła mnie świadomość, że zaraz coś się stanie. Nie wiedziałam tylko co. Serce zaczęło mi szybciej bić, czułam rozszerzające się źrenice. Czyżby w końcu nadszedł Rozkaz?
 Niepewnym krokiem zaczęłam przemierzać nawę główną, na co deski odpowiadały - dość upiornymi w takich okolicznościach - dźwiękami. Rozglądałam się za Księdzem, mając nadzieję, że cokolwiek się nie stanie będę miała w nim jakieś oparcie. Niestety byłam coraz bliżej ołtarza, a staruszka ani śladu. Wokół mnie zaczęła się tworzyć lekka mgiełka. Nerwowo przeczesywałam wzrokiem ławki, licząc, że znajdę kogokolwiek, kto wyjaśniłby mi, co jest grane. Oczywiście się przeliczyłam. Budynek był całkowicie pusty, nie licząc kilku zabłąkanych kotów i jaskółek z gniazda pod sufitem.
Stanęłam przed ołtarzem, z nogami jak z galarety. Bałam się. Bałam się, że to jednak nie będzie Rozkaz, że to tylko wyobraźnia płata mi figla. Bałam się, że jeżeli to Rozkaz to są to tylko informacje, co dalej mam robić w Dolinie. Bałam się, że to będzie jeden z Nich, chcący tylko ze mnie zadrwić, jak to już bywało. Nigdy nie grzeszyłam odwagą i śmiałością.
Nagle otoczyło mnie jasne światło. Tak jasne, że musiałam przymknąć powieki. Nie wiedziałam, co się dzieje. Chciałam jak najszybciej dowiedzieć się co jest grane. W gardle mi zaschło, oddech był nierówny, źrenice rozszerzone mimo tak jasnego światła.
Po chwili wszystko zgasło, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pozostał tylko szum w uszach i niepewna świadomość utraty czegoś ważnego.

_______________________
Ta daaaam, oto i rozdział pierwszy *u*
Tak, jestem z niego mega zadowolona. Tak jak rzadko mi się zdarza. Mimo kilku niedociągnięć jestem z niego naprawdę dumna.
Mam nadzieję że i Wam się spodobał *.*

Wielkie podziękowania dla moich dziewczątek: Clar, Des, Kath, nie wiem czy bez Wam to by powstało! Uściski i buziaki dla Eweliny i Patcha (ha, wyszło na Twoje), za równie wielką pomoc!

Pozdrawiam, życzę miłego 2014 (lepszego niż 2013 przede wszystkim) i... apeluję o komentarze *nieśmiało*

Wasza Cupcake.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Pustka. Prolog.

Wiatr cicho hulał między liśćmi, unosząc wokół delikatny wiosenny zapach.Wszędzie robiło się zielono, na roślinach zaczęły pojawiać się pąki. Ptaki wracały do swoich gniazdek, poprawiając je świeżymi listkami, piórkami i wszelkimi znaleziskami. Wiosna na dobre rozgościła się w okolicy. Zdawało się, że całą Dolinę spowił spokój, że w takim miejscu nic złego nie może się dziać. Jakże często jednak pozory kłamią. Kto jak kto, ale ja miałam tego świadomość. Widziałam budzące się do życia zwierzęta, dookoła latały kolorowe motyle, a uporczy muchy brzęczały mi tuż przy uchu.
Harmonia. To słowo zdawało się opisywać wszystko, co działo się w Dolinie z rozpoczęciem Wiosny. Zdawało się. Harmonią można było od zawsze nazwać tylko widoki, powierzchowność tego cichego miejsca. Nikt nie wiedział, jakie sekrety kryje Dolina. Nikt nie pomyślałby, co ukrywają mieszkańcy tego sielskiego krajobrazu. Najciemniej jest pod latarnią. Jasny świat, wydawałoby się rządzony najczystszymi prawami natury ukrywał swoje wnętrze. Mało kto wiedział o nim wiele. Nikt nie podejrzewałby, jak straszne rzeczy mogą się tu dziać.
Kolejny podmuch wiatru rozwiał mi włosy. Westchnęłam cicho, czując chłodne powietrze na nagich ramionach. Słońce powoli wschodziło, poranna mgła opadała. Dolina wydawała się tak utopijnym miejscem, kiedy promienie przebijały się przez liście znacząc trawnik złotymi refleksami. Bajeczna Dolina, przypominająca krainę z baśni dopiero budziła się. Wiedziałam dobrze, że tylko wydaje się tak niewinna. W rzeczywistości takie miejca były najniebezpieczniejsze. Kto jak kto, ale ja doskonale o tym wiedziałam, po spędzeniu tu tych nastu lat. I szczerze mówiąc miałam serdecznie dość tego zdradliwego miejsca i jego tajemnic. Teoretycznie nigdy nic mnie tu nie trzymało. A praktycznie? Praktycznie nie było szans, żebym opuściła Dolinę bez wyraźnego Rozkazu. Jak na ironię, jedynym Rozkazem jaki dostałam kiedykolwiek było właśnie zejście tu. Utknęłam tu, przez Rozkaz i tylko Rozkaz mógłby mnie stąd kiedykolwiek wyciągnąć.
Słońce wschodzące leniwie coraz wyżej po bezchmurnym niebie zdawało się na nowo kolorować okolicę. Wszelkie szarości znikały ustępując miejsca soczystej zieleni i delikatnemu różowi wiśniowych pąków. Wdychałam łagodny zapach, rozkoszując się rzadką chwilą spokoju. Poranki w Dolinie to naprawdę niesamowite, bajeczne momenty. Każdego dnia oczekiwałam tylko tego. Mgła prawie całkowicie opadła, odkrywając przed wszystkimi wydawałoby się idealną, utopijną krainę. Turyści nazywali Dolinę "Rajem na Ziemi". Nie mieli pojęcia jak daleko są w tym stwierdzeniu od prawdy.
Odepchnęłam się od gałęzi, by wirując opaść z nienaganną gracją na trawę. Moje bose stopy były pieszczone delikatnymi źdźbłami świeżej trawy i chłodzone drobnymi kropelkami porannej rosy. Ze wstydem muszę przyznać, że to jedna z tych niewielu rzeczy, za którymi będę myśleć tęsknie po opuszczeniu Doliny. Tylko tu błyszczące w słońcu drobinki osiadłe na liściach i trawie potrafiły we mnie wzbudzić taki zachwyt. Nigdzie indziej. Tanecznym krokiem przemierzyłam mokry trawnik, który przy każdym kroku łaskotał odkrytą skórę nóg, by po chwili dotrzeć na kamienistą ścieżynkę. Ostrożnie, by nie poranić stóp, przeszłam po niej aż do jasnej ściany budynku, o którą oparta była stara, drewniana drabina. Nieco niepewnie zaczęłam się po niej wspinać, mimowolnie odwracając się ku rozłożystemu dębowi, na którym przesiadywałam każdego poranka. Delikatny wietrzyk tak poruszał gałęziami starego drzewa, że te wyglądało jakby machało mi listkami na pożegnanie. Kiedy dotarłam do swojego okna, bezszelestnie wślizgnęłam się do wnętrza pokoju, by zaraz wsunąć się z powrotem pod ciepłą kołdrę i powrócić w ramiona ożywczego snu.
Każdy mój ranek wyglądał podobnie. Czy chciałam czy nie budziłam się przed wschodem słońca, by cicho wymknąć się do ogrodu, zasiąść na najniższej gałęzi dębu i przesiedzieć tam aż najbliższa z gwiazd wyjrzy całkowicie zza Wzgórz. Później po starej drabinie wracałam do sypialni, zakopywałam się pod pierzyną i zasypiałam, aż do budzika. Robiłam tak od kiedy pamiętam, niezależnie od pogody czy stanu zdrowia. Coś ciągnęło mnie, by robić tak a nie inaczej, jakaś niezrozumiała Potrzeba, która niczym magnes kazała mi codziennie usiąść na gałęzi. Tylko tam i tylko wtedy odczuwałam, że te miejsce nie jest tak złe, że Dolina ma w sobie trochę dobra. Sceneria zawsze miała w sobie coś baśniowego. Możliwe, że wpływ na moje odczucia miało nagłe wyrwanie z krainy marzeń sennych, ale nie obchodziło mnie to. Cieszyłam się, że chociaż na chwilę mogę zapomnieć o prawdzie o Dolinie.

_______________________
Tu du dum duuuum ;D
Oto nowe opowiadanie, do którego nie wiem co mnie natchnęło. Tak czy siak mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu jak kiedyśniejsze "Mój świat".
Także oczekuję na jakiekolwiek komentarze z opiniami i... życzę wesołych świąt, bo pewnie nie zdążę nic naskrobać do ich czasu...

Wasza Cupcake.

czwartek, 14 listopada 2013

Cup ofiara własnych ambicji; Pióro. Prolog.

Miałam dodać dziś prolog opowiadania "Mówisz i masz", jednak moje pomysły okazały się sprzeczne i... te opowiadanie zacznę dodawać nieco później. Z tejże okazji naszło mnie na coś innego, więc idąc na żywioł oto i kolejne opowiadanie - Pióro.
__ __ __ __
Zima zbliżała się wielkimi krokami. Chłodne powietrze zastąpiło ciepłe powiewy. Nieliczne liście na drzewach miały depresyjnie brunatne barwy. Na trawnikach, chodnikach i jezdniach wszechobecna była bura breja, skutecznie zniechęcająca do spacerów.
W żółtym pokoju, otoczona stosem książek, pod niebieskim kocem siedziała nastoletnia szatynka. Uparcie, z ołówkiem w dłoni, starała się odwzorować schemat z podręcznika. Aparat Golgiego. Nic specjalnego. Kilka spłaszczonych cystern, pęcherzyki wokół, strefa cis i trans, diktiosom... Odgarnęła włosy z twarzy i przerzuciła je na plecy, kiedy nagle na jej zeszyt opadło małe, białe piórko. Nic specjalnego. Jasny puszek na cienkim nibypatyczku. Dziewczyna z uśmiechem położyła pióro na palec i zdmuchnęła je, chcąc wrócić do zadań. Puszek jednak uparcie do niej wracał. W końcu, zdenerwowana, wyrzuciła piórko przez okno. Porwane przez wiatr wirowało chwilę by zaraz rozpłynąć się w powietrzu. Szatynka chwilę wpatrywała się w miejsce zniknięcia białego puszku jak zaczarowana.
Kiedy wróciła do lekcji ze zdziwieniem odkryła kilka piór w swoim piórniku. Pisnęła z przestrachem, na co jak na zawołanie zniknęły wszelkie białe puszki.
Dni mijały, dziewczyna zdążyła zapomnieć o dziwnym, pierzastym incydencie.
Była w drugiej klasie liceum, uczyła się dobrze - nigdy nie miała z tym problemów. Jedyną jej formą udzielania się, otwierania był szkolny teatr. Nie miała zbyt wielu znajomych, a jej przyjaźnie rzadko bywały trwałe. Nie umiała zaufać. Wśród chłopaków nie miała powodzenia, uznawana za szarą myszkę, nudną kujonicę. Nie przejmowała się tym jednak. Kochała spędzać wieczory czytając romanse i spotykając się z wyimaginowanymi postaciami. Zdawała się szczęśliwa.
Któregoś jesiennego dnia, po próbie, wracała z kolegą. Rozmowa z nim sprawiała jej nielada przyjemność. Żartowali, śmiali się w najlepsze. Kiedy przyszło do rozstania, a chłopak otworzył przed nią ramiona ochoczo się do niego przytuliła. Po chwili już była w drodze do domu, a na jej buta opadło pojedyncze białe piórko. Nagle przypomniała jej się sytuacja z kilku tygodni wstecz. Spanikowana straciła nad sobą kontrolę i ruszyła biegiem przed siebie. Ze strachu nie zatrzymała się na przejściu i to okazało się jej wielkim błędem.
Łucja wylądowała w szpitalu.
______________________
Taki tam niezbyt optymistyczny początek, ale... mam swoją wizję ;>
Także ten. To już 10 miesięcy tego bloga! Jestem ciekawa, ile osób jeszcze tu zagląda... no, nic.
Do nastepnego!
Wasza Cupcake.

wtorek, 12 listopada 2013

New story?

Cupcake postanawia wrócić! Yaaay, blogsfera pewnie nie szaleje, ale co tam ;p
Na początku pozdrawiam wszystkich Czytelników... blablabla.
Jedziemyyy!
Za około dwa miesiące minie rok od założenia tego bloga, soł postanowiłam go ożywić i rozpocząć nową historię yaaay.
3majcie za mnie kciuki!
Wasza Cupcake.

niedziela, 14 lipca 2013

Moi drodzy...

Siemanko cześć i czołem ;*
Dawno mnie tu nie było, a to wręcz niewybaczalne! Wierzę jednak w Wasze dobre serduszka...
W każdym razie, ten post nie został stworzony w celu wyjaśnienia mojej nieobecności (a przynajmniej nie tylko). Chciałam Was, moi drodzy, uświadomić, że Wasza Cupcake. urzęduje na blogspocie już pół roku! Że już od pół roku bloggera zamęczam moją obecnością!
Tak, dokładnie 14 stycznia 2013 dodałam tu pierwszą notkę *wzdycha*
Na początku szło jak po maśle! Notki potrafiałam wstawiać codziennie, nawet po kilka. Po pewnym czasie jednak dostałam pewnego załamania i wszystko zaczęło się po trochu sypać. W maju moja wena kompletnie postanowiła zrobić sobie wakacje, chociaż zatrzymywałam ją jak mogłam nowymi pomysłami na blogi. Nie słuchała mnie. Właśnie wtedy nastąpiła ta długa, głucha, bezowocna przerwa.
Kochani! Teraz znów wpadłam na kolejny genialny pomysł i założyłyśmy z moimi kochanymi bloggerkami nowy blog! Link? Proszę Was bardzo, kochani! <klik>
Mam nadzieję, że dzięki temu wróci mi wena i będę kontynuowała opowiadania z tego bloga...
Trzymajcie kciuki!
Wasza Cupcake.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Mój świat. Rozdział XVII: "Jak dotąd sprawdzasz się niesamowicie..."

Stali wpatrując się we mnie uważnie. Nie myśląc co robię, zatrzasnęłam im drzwi przed nosem. Gdyby nie ten głupi sen, pewnie nie byłabym aż tak nerwowa...
Oparłam się o ścianę, głęboko i odetchnęłam najciszej jak mogłam.
- Mela, kochanie, kto to był...?
- Ym... Kolędnicy - odparłam niepewnie, wciąż próbując uspokoić oddech.
- Czemu ich nie wpuściłaś? - usłyszałam powolne człapanie babuni.
- Bo... - nie miałam kompletnie pomysłu na powód.
Nagle znów rozległo się pukanie i dźwięki dzwonka.
Westchnęłam, a babunia uśmiechnęła się zachęcająco. Nacisnęłam klamkę i pociągnęłam za nią.
Przede mną stali dwaj chłopcy. Jeden ubrqny na biało, drugi na czarno. Jeden miał aureolkę ze złotego drucika umieszczoną na blond czuprynie i błyszczące radośnie błękitne oczy, drugi z kolei czerwone różki na czarnej "opasce" założone niedbale na ciemne włosy i szare tęczówki. Ich spojrzenia zdawały się przewiercać mnie na wylot. Obaj bez słowa wyjaśnienia równocześnie chwycili mnie za ręce i świat mi się zamazał. Wszystko stało się jedną, bezkształtną, kolorową plamą. Miałam wrażenie, jakbyśmy się unosili w powietrzu. Kiedy znów zaczęłam widzieć przed sobą braci Sosnowskich odkryłam, że nie jesteśmy u mnie. Staliśmy na małym mostku, nad jakąś rzeczką.
Marcel opierał się o barierkę i wpatrywał w mały strumyczek płynący między krami lodu. Jego brat z kolei wpatrywał się uporczywie we mnie.
- Po co mnie tu wywieźliście...?
- Nie wywieźliśmy a teleportowaliśmy. To słowo bardziej tu pasuje... - mruknął jeden z chłopaków.
- Nieważne - mruknęłam, skopując małą grudkę lodu z mostka. - Mówcie o co chodzi.
- Iris...
- Cholera! Jestem Me...
- Nie, ukochana. JESTEŚ IRIS. Cokolwiek byś nie mówiła i jakkolwiek byś nie zaprzeczała. Tym razem nie dam się zwieść - poczułam dłoń na ramieniu.
- Nie dam się omamić - usłyszałam cichy głos blondyna i znów coś opadającego na moje drugie ramię.
- Od dziś zwracamy ci twe miano, Iris. Musisz tylko dokonać wyboru. Ten ostatni raz. Nie pozwolimy się okłamać. Nie wyrwiesz się. My w końcu uczymy się na błędach... - równym głosem, niczym roboty powiedzieli bracia.
- Ale o co wam chodzi...? - szepnęłam przerażona.
- Musisz wybrać - szepnął kusząco ciemnowłosy. - Ja albo on. Anioł upadły lub twój stróż. Wieczne potępienie lub wieczny spokój...
- Boże! Dlaczego ja?!
Wokół nas zrobiło się przeraźliwie jasno. Ziemia zaczęła drżeć.
- Nie powinniście tego robić. Nie została stworzona do żadnego z waszych światów, nie pamiętacie? - z jasności wyłonił się kształt kobiety. - Jestem Alliance, z francuskiego znaczy to przymierze. Obserwuję cię Iris od wieków. Jak dotąd sprawdzasz się niesamowicie... Robisz dokładnie to, o co chodziło obu Panom.  Stworzenie cię jednak nie wychodzi żadnemu z nich na dobre - zachichotała złośliwie. - Ale przejdźmy do rzeczy. Pewnie nie znasz swojej historii, prawda? - kiedy potaknęłam nieśmiało, ona zaczęła kontynuować. - Twoje imię znaczy TĘCZA. Wiesz, czego symbolem jest tęcza według religii chrześcijańskiej? Jest symbolem przymierza. Wiele wieków temu Bóg założył się z Szatanem. Nic nadzwyczajnego. Znamy takie przypadki. Choćby Hiob - mówiła szybko, musiałam bardzo się skupić, żeby zrozumieć jej słowa. - Więc tym razem chodziło o to, by tchnąć życie w istotę ludzką. Nie mogła być zwykła, ze względu na wymysł Pana Piekieł. Chodziło o zwiedzenie aniołów na złą drogę, ale nie na tyle by odwrócili się od Pana Jasności. Chyba chłopcy wspominali ci o upadłych aniołach? Wszystko przez jedną śmiertelniczkę o nieśmiertelnej duszy, która została obdarzona kilkoma drobnymi darami... Między innymi możliwością, nazwijmy to... reinkarnacji czy czytania wspomnień. Doświadczyłaś już tego, Iris. Twoja dusza jest symbolem zakładu a jednocześnie swoistego porozumienia... Zrozumiałaś cokolwiek?
- Powiedzmy - mruknęłam, zastanawiając się nad sensem jej słów.
- Nie daj się chłopakom. Musisz uważać, bo zakład jak to zakład zawsze ma jakiś haczyk! - z tymi słowami znikła, rozpłynęła się w powietrzu.
- Iris, wybierz.
- Nie - odparłam po prostu i skupiłam się. Wniknęłam do wspomnień ich obu na raz, nie ruszając się, czyli znów bez kontaktu cielesnego.
W ich głowach wszystko było pomieszane. Próbowałam dotrzeć do wspomnień o Iris... czyli o sobie, jednak nie zdążyłam. Nie byłam w tym jeszcze wprawiona, więc szybko (nie wiem w jaki sposób) przerwali więź.
- Iris, obaj cię pragniemy. Ja uczynię cię takim jak ja a on... aniołem stróżem czy czymś takim. Wybieraj!
- Zostałam stworzona jako kusicielka i taką pozostanę - prychnęłam.
- Ależ... - w oczach Marcela dotrzegłam autentyczny ból. - Mela, proszę...
- Nie - warknęłam. - Nie chcę być białą anielicą, to jie dla mnie!
- Iris, zatem... Podążysz za mną?
- Tobie, Dominiku, ufałam, ale narobiłeś mi taką kołomyję w głowie, że... upadli mnie nie kręcą... - zarzuciłam włosami i ruszyłam przed siebie, o dziwo znając drogę.
_______________________
Wiem, że krótki. Mam jednak nadzieję, że się spodoba ^^
Dedyk dla Pauliny ;***
Buuuzialki ;*
Wasza Cupcake.
PS Alexo! Czekam na odpowiedź!

niedziela, 21 kwietnia 2013

Melissa Carlstone, czyli wielka nieświadomość. Rozdział VII: Kocioł

W Dziurawym Kotle nie było miejsca, by usiąść. Wszystkie krzesła były zajęte przez czarodziejów. Grupa czarownic zawzięcie plotkowała, stara pani Trelawney spała z głową na stole, przy barze siedzieli podpici mężczyżni, a młodi uczniowie z kociołkami i książkami biegali po pubie piszcząc z radością.
Weasley'owie z Neville'em, Luną oraz Melissą weszli niepewnie do budynku. Jedenastolatka wciąż ściskała rękę Huga, by się nie zgubić. Ron próbował dowiedzieć się czegoś o pracy dorosłej blondynki jednak ta ignorowała jego pytania wciąż witając się z podejrzanie wyglądającymi czarownikami. Hermiona zaś dyskutowała z profesorem Longbottomem na temat jednej z roślin, której właściwości lecznicze ostatnio odkryła.
Rose milczała, rozgladając się po barze i szukając znajomych twarzy. Nie odnalazła jednak żadnej ze swoich przyjaciółek. Zamiast nich w oczy rzuciła jej się grupka Ślizgonów, stojących w kącie. Oczywiście w samym jej środku stał Well z nieodłącznym Malfoyem. O bruneta opierała się nieznajoma dziewczynie blondynka, wyraźnie zadowolona z towarzystwa. Obok Malfoya zaś stała, szczerząc się jakaś szatynka. Rose przejrzała w głowie znajomych jej mieszkańców Domu Węża i skojarzyła, że do Scorpiusa uśmiechała się zalotnie Ever Megan Hales, uczennica drugiego roku. Tożsamość blondynki pozostała jednak dla rudej tajemnicą.
- Mama napisała, że jest w hotelu... - powiedziała niezbyt głośno Melissa, ściskając w dłoni komórkę.
- Jest już dość późno, nie byłoby to zbyt rozsądne puszczać cię samą nocą... - zaczęła Hermiona.
- Zapytaj, czy możesz przenocować tutaj, w Dziurawym Kotle - rzucił Ron, zirytowany zachowaniem Luny.
Jedenastolatka kiwnęła głową i zaczęła energicznie stukać w klawiaturkę, lewą ręką wciąż trzymając starszego o rok chłopaka.
Rose zachodziła w głowę kim może być dziewczyna wsparta na ramieniu Olivera. Nieświadomie zaczęła iść w stronę Ślizgonów. Od zawsze miała tak, że gdy czegoś nie wiedziała musiała praktycznie natychmiastowo odkryć, o co chodzi.
- Rose, gdzie ty idziesz? - zatrzymała Hermiona czternastolatkę.
- Ja... ym... do łazienki, mamo - odparła dziewczyna, marnie kłamiąc.
- Rosie, czy ty miałaś zamiar podejść do Malfoy'a? - zapytał surowo ojciec.
- Nie! - fuknęła nastolatka, ze złością odwracając się plecami do rodziców.
Ciągle przypominają jej, żeby nie zadawała się z Malfoyem. A może ona chciałaby go poznać? Może...?

***

Elise Carrow trzymała pod ramię bruneta. Miała wrażenie, że wszyscy patrzą się tylko na nich. Czerpała z tego wielką satysfakcję.
- Elise...?
- Słucham, Scorpiusie?
- Yyy... Nie, już nic.
Młody Malfoy kilkukrotnie próbował rozpocząć rozmowę z blondynką, jednak jakoś nie mógł się wysłowić. Pamiętał doskonale, co ojciec mu opowiadał o uczennicach Beauxbatons. Według jej opowieści nie przebywała tam zbyt długo, ale jednak...
- Ej, Scorpius...
Szatynka lekko traciła chłopaka w ramię.
- Co chcesz, Ever? - blondyn przewrócił oczami z irytacją.
- Może pomógłbyś mi jednak z tymi eliksirami, co? - dziewczyna zatrzepotała zalotnie rzęsami.
- Porozmawiamy w szkole - warknął i ruszył przed siebie przez tłum uczniów.
Nie lubił, gdy to dziewczyny robiły pierwszy krok. Był zdecydowanie typem dominującym. Interesowały go bardziej ciche myszki, a nie takie jak Ever bardzo pewne siebie i swoich wdzięków (bo że Ever była ładna zaprzeczyć nie mógł).
Przedzierając się między ludźmi poczuł, że kogoś potrącił. Odwrócił się i napotkał wściekłe spojrzenie brązowych oczu.
- Mówi się przepraszam, Malfoy - warknęła dziewczyna.
- Co ty nie powiesz, Weasley? A może byś tak się nie pchała?
- A ty może byś nie sądził swojego arystokratycznego zadka do damskiej łazienki? - fuknęła, wskazując drzwi, przed którymi akurat stanęli. - Idioci wszędzie - przewróciła oczami i chwyciła klamkę.
- A ty... ty... - szare oczy biegały zdenerwowane dookoła.
- Brak argumentów? - brwi Rose podjechały do góry. - Może twój mały móżdżek w czasie gdy ja będę sobie korzystać z toalety dojdzie do jakichś ciekawych wniosków... - westchnęła, otworzyła drzwi łazienki i zaraz za nimi zniknęła pozostawiając zdezorientowanego Scorpiusa na zewnątrz.
Kiedy tylko znalazła się poza zasięgiem wzroku blondyna osunęła się po chłodnej ścianie na zimną posadzkę.
Każda rozmowa ze Scorpiusem kończyła się kłótnią. Nie potrafili ze sobą normalnie podyskutować. Dziewczyna już od dawna podejrzewała, że to wszystko przez spory rodziców. Strasznie ją to irytowało. Taka wpojona nienawiść, tylko z powodu nazwiska...

***

Melissa, wciąż nie puszczając ręki Huga, niepewnie stała obok Weasleyów. Mieli zostać w pubie na noc.
- Mamo, a Melissa może mieć razem ze mną pokój? - zapytał Hermiony syn.
Pani Weasley niepewnie zerknęła na męża. Nie pomyśleli o tym wcześniej.
- Kochanie, to trochę... Myślę, że... Melissa pewnie by wolała mieć pokój z Rosie, prawda?
Czarnowłosa dziewczynka spuściła oczy. Nie wiedziała co ma odpowiedzieć.
- Herma - odezwał się Ron. - Przecież wynajęliśmy tylko dwa pokoje...
Żona rudzielca spłonęła rumieńcem.
- A nie dałoby się...
- Wszystkie pokoje są zajęte.
- A może wzięlibyśmy Huga do sie... Nie. Masz rację zły pomysł... - policzki pani Weasley były już krwistoczerwone. Westchnęła i zwróciła się do syna. - Hugo... Tak, Melissa może spać z wami. Z tobą i Rosie oczywiście.
Uradowany chłopczyk puścił rękę brunetki i uściskał rodziców.

***

Draco Lucjusz Malfoy siedział sam w pokoju na piętrze Dziurawego Kotła. Nie widział sensu we wracaniu na noc do pustego Malfoy Manor. Jego rodzice przeprowadzili się na wieś, argumentując swoje zachowanie złymi wspomnieniami. Mimo że udało się zmienić wystrój rezydencji na bardziej przytulny nie zmieniło to decyzji Lucjusza i Narcyzy. Sam Draco z kolei nie lubił jeździć na wieś. Od dziecka był przyzwyczajony do skrzatów domowych robiących wszystko za domowników i spełniania zachcianek, przez co nie potrafił znieść zapachów i temu podobnych towarzyszących posiadaniu małego, przytulnego wiejskiego domku i małego poletka. Coraz rzadziej odwiedzał rodziców.
Opadł na poduszki. Rzeczywistość powoli zaczynała mu ciążyć. Nie tak wyobrażał sobie swoje dorosłe życie...
- Tato! - z zamyślenia wyrwało go trześnięcie drzwi i krzyk wchodzącego syna. - Ta głupia Weasley znów mnie obrażała! Mam jej dość! - Malfoy junior zdenerwowany przysiadł na brzegu łóżka. - Co mam zrobić?!
- Scorpius... Jeszcze trochę i z tobą zwariuję - westchnął. - Sam się do niej pchasz, zaczepiasz ją, a potem narzekasz.
- Wcale, że nie!
- Zamknij się - mruknął ojciec. - Wiem co mówię. Znam Weasley'ów. Znam też byłą Granger. Nie zaprzeczaj. A teraz idź spać.
- Ale...
- Bez dyskusji.

***

Hermiona leżała na boku przyglądając się swojemu mężowi. Od zawsze był jej przyjacielem. Często się kłócili, ale możliwe, że to właśnie dzięki temu wyrosło z tego coś więcej.
Ronald Weasley właśnie zdejmował koszulę. Trwało to dziwnie długo. Szatynka powoli podniosła się z łóżka i podeszła do rudzielca. Objęła go od tyłu i przytuliła się mocno do jego pleców.
- Znów problem z guzikami - zachichotała cicho kobieta.
- Nie... Ale wiesz jak strasznie lubię, gdy to ty mi je rozpinasz...

***

Dorosły Malfoy nie mógł zasnąć. Jego syn pochrapywał cicho na drugim łóżku. Zza ściany dochodziły go niepokojące dźwięki. Poczuł ukłucie w sercu, gdy uświadomił sobie, kto tam jest.
- Że też wybrałem Astorię... - zaczął mówić cicho do siebie. - Teraz jestem sam...

***

Oliver Well również miał wynajęty pokój w Dziurawym Kotle. Elise nie miała się gdzie zatrzymać więc pozwolił jej się właśnie tam zatrzymać.
Siedzieli na dywanie przed kominkiem popijając piwo kremowe.
- Powiedz mi coś o Hogwarcie - mruknęła dziewczyna, opierając głowę na ramieniu chłopaka.
- Nudne stare zamczysko. Pełno rozchichotanych szlam. Beznadziejni nauczyciele...
- Nie przesadzaj - westchnęła.
- Puyasz o szkołę. Jak szkoła może być interesująca?
- Hogwart jest - prychnęła, podnosząc się. - Te wszystkie zakamarki, Komnata Tajemnic, łazienka pełna duchów... Myślisz, że to nudne? I ty masz się za ucznia Hogwartu?! - ostatnie zdanie wykrzyknęła i, chwiejnym krokiem, skierowała się do wyjścia.
- Elise! - Well złapał dziewczynę tuż przed drzwiami i przerzucił ją sobie przez ramię. - Tak to rozmawiać nie będziemy - położył ją na łóżku i zaczął rozpinać sweterek.
- Co ty mi robisz, zboku/?!
- Spokojnie... Chcę cię rozebrać...
- Po co?! - panna Carrow zaczęła odpychać ręce bruneta.
- Żebyś już poszła spać.
- Sama sobie poradzę - by udowodnić swoje słowa zaczęła nieporadnie rozpinać guziczki.
- Podpiłaś Scorpiusowi Ognistą? - westchnął chłopak z niedowierzaniem i powrócił do rozbierania blondynki.
- Trochę... No już dobra, pomóż mi... -  dziewczyna uśmiechnęła się zalotnie. - A może porobimy coś jeszcze...?
- Elise... Jesteś za mło...
Nieodszła uczennica Beauxbatons nie dała mu dokończyć.

_________________
Mała uwaga! Proszę Was, czytajcie imię panny Carrow jako [Iliz] a nie [Elize], [Eliz], [Aliz] czy temu podobne! To jest moja Elise czyli [Iliz], okej? Zrozumieliśmy się? No, mam taką nadzieję :D
____________________________________________________________________

Nie jestem zadowolona z tego rozdziału. Za dużo chciałam w nim przekazać ;/

Mam nadzieję, że ujdzie...

Dedyk dla AAlexy ;*

Pozdrawiam ;*

Wasza Cupcake.

sobota, 20 kwietnia 2013

Melissa Carlstone, czyli wielka nieświadomość. Rozdział VI: Znajomości

Ciemnowłosa dziewczyna szła u boku rudego mężczyzny przez tłum czarowników, rozglądając się wciąż wokół i pytając o wszystko. Ron nie miał już tego zapału co wcześniej i odpowiadał niechętnie półsłówkami. Jedenastolatkę jednak rozpierała energia po pierwszym zetknięciu z wyczuwalną magią.
- Ym... Dobry, panie Weasley! - usłyszeli tuż za sobą.
Odwrócili się i ujrzeli wysokiego czternastolatka o dość długich bardzo jasnych blond włosach i błyszczących szarych oczach utkwionych w Melissie.
- Malfoy? - zdziwił się Ron, po czym po chwili dodał: - Witaj, Scorpiusie.
- Tego... - chłopak niepewnie rozejrzał się wokół. - Zakupy...?
- Tak - odparł mężczyzna. - Niedługo początek roku, więc...
- A ty...? - Malfoy wrócił wzrokiem do dziewczynki. - Też do Hogwartu? Pierwszy rok? Jak się nazywasz? Do jakiego domu chcesz trafić? - zasypał ją pytaniami.
Jedenastolatka tylko wzruszyła ramionami bez słowa. Zaskoczył ją ten niespodziewany nowy znajomy-nieznajomy.
- Hej, wolniej - uśmiechnął się pan Weasley.
- Okej... - Scorpius kiwnął głową, nabrał w płuca powietrza i zapytał: - Więc jak się nazywasz?
- Melissa Carlstone.
- Status krwi...? - zapytał mniej pewnie.
- Ym... - jedenastolatka zarknęła na Rona. - Rodzice mugole.
- Okeeeeej - mruknął czternastolatek. - W rodzinie żadnego czarodzieja?
- Nie wiem - dziewczynka pokręciła głową. - Nie mówiliśmy o tym nigdy...
Chłopak już otwierał buzię, by coś powiedzieć, kiedy w tłumie rozległ się krzyk mężczyzny.
- SCORPIUS! GDZIE TY SIĘ PODZIEWASZ?!
- Uch... Muszę spadać... Narka Melissa... Miłego dnia, panie Weasley...
Kiedy blond czupryna skryła się już za tiarami przechodzących czarodziejów pan Wealsey ruszył w stronę Dziurawego Kotła.
- Melisso, jesteś pewna, że ma... - odwrócił się, by spojrzeć na jedenastolatkę, która powinna iść u jego boku. Obok niego szła jednak stara, niska czarownica w za dużym kapeluszu.
- Co złociuteńki? Zgubiłeś kogoś...? A może mogę ci jakoś pomóc? - wyszczerzyła się, ukazując w uśmiechu (który miał być z pewnością seksowny) dwa poczerniałe zęby.
- Nie - odparł Ron, otwierając szeroko oczy z przerażenia.
Szybko wyminął kobietę i zaczął rozglądać się w poszukiwaniu niskiej, czarnowłosej jednenastolatki o bystrym, zielonym spojrzeniu. Jak szaleniec biegał po Pokątnej zaglądając w twarz każdemu przechodniowi.
Już sobie wyobrażał minę żony na wieść o zgubie...
- RON?! JAK?! Jak to jest możliwe...? Jak mogłeś zgubić jedenastolatkę?!
- Hermio...
- Nie przerywaj! Może nasz dzieci też masz zamiar zgubić?
- Kocha...
- Och! Jaka byłam głupia wychodząc za ciebie! Mogłam wyjść za... choćby za Malfoya, mieszkać w pałacyku i nie martwić się, że mój idiota zgubi moje lub cudze dziecko, którym kazałam mu się opiekować!
Mężczyzna wzdrygnął się. Jak często miłość jego życia wytykała mu jakim jest niedorajdą... Jak często porównywała go do znienawidzonego Dracona, do "idealnego" Kruma czy jego braci. Wszyscy czymś się wyróżniali, czymś co było godne uwagi takiej dziewczyny jak Hermiona... A on? Rudy niedojda, Ron Weasley, prowadzący nieduży sklepik na Pokątnej z mugolskimi przedmiotami, lekko zmodyfikowanymi zaklęciami, których nauczył go ojciec. Bez żadnych własnych osiągnięć. Znany jako "ten kumpel Harry'ego Pottera". Nie mówi się o tym, że to on zniszczył jednego z horkruksów, że to on uratował Wybrańca przed utonięciem (no tak, nikt nawet nie wspomni o tym, że słynny Potter mógł się utopić!). Nie mówi się nawet o tym, jak poprosił Hermionę o rękę. Ludzie, gdy o nim wspominają, myślą raczej o jego niezdarności, nieporadności i o "tej cudownej, niesamowitej Hermionie Weasley - niestety tak, od tego beznadziejnego rudego Weasleya; jakie to dziwne, że nie znalazła sobie kogoś lepszego! Mogła przecież nawet być panią Krumową! No, ale wracając do tematu... Cudownej pani Weasley, która uratowała życie blablabla...".
Biegłam w kółko po Pokątnej, próbując uniknąć zderzeń z przechodniami. Kiedy wrócił do miejsca, gdzie zaczepił ich młody Malfoy, znalazł swoją zgubę, siedzącą na ławeczce przed księgarnią "Esy i Floresy", wpatrującą się gdzieś w dal.
- Melisso...?
***
- Hugo, proszę, nie wygłupiaj się. Zostaw te szpileczki... - Hermiona traciła siły do syna. Nie umiał usiedzieć spokojnie na stołeczku, kiedy jego siostra mierzyła nowe szaty. - Hugonie Weasley, jeśli zaraz się nie uspokoisz i nie usiądziesz grzecznie na tym stołeczku nie zobaczysz czekoladowych żab przez dwa miesiące!
Mały rudzielec popatrzył na swoją matkę z przerażeniem w oczach. "Jak można wytrzymać tyyyyle czasu bez czekoladowej żabki...?" - pomyślał, odkładając szpilki do podełka, które stało obok madame Malkin.
- Od razu lepiej, młodzieńcze - uśmiechnęła się starsza pani, uwijająca się przy czternastolatce, na której wisiał czarny materiał. - Jeszcze chwilka, kochanieńka i będziesz miała nowiutką piękną szatę...
Nagle w sklepie rozległ się dźwięk przychodzącego SMSa. Hermiona zarumieniła się, wybąkała ciche "przepraszam" i wyciągnęła mały aparacik.
Szybko i sprawnie odpowiedziała na wiadomość, cały czas z politowaniem kręcąc głową.
- Czyżby tatuś znów się zgubił? - zapytała z łobuzerskim uśmieszkiem Rose.
- Niestety tak, kochanie - zaśmiała się pani Weasley, wrzucając telefon do torebki. - Ale zaraz się znajdzie...
W tym samym momencie drzwi wejściowe otworzyły się i stanął w nich wysoki rudzielec z małą brunetką.
- Pańsztwo uż tu chyba byli - wymamrotała niewyraźnie starsza czarownica (wszystko przez szpilki, które trzymała między zębami), zerkając w stronę nowych klientów.
- Tak, tak - odparł Ron, podchodząc do swojej żony, by pocałować ją w policzek.
- W końcu jesteście - mruknęła, odsuwając się od męża.
- Już kończę - mruknęła madame Malkin, wpinając kolejną szpilkę w materiał. Po chwili zdjęła go z Rose i zniknęła na zapleczu sklepu.
- Gdzie się podziewaliście? - zapytała spokojnie Hermiona.
- Cały czas na Pokątnej. Kupiliśmy wszystko, co było potrzebne.
- W porządku - mruknęła pani Weasley. - Jak się podoba, Melisso, świat magii?
- Tu jest naprawdę magicznie - uśmiechnęła się jedenastolatka. - Ale chciałabym się skontaktować z mamą, a tu moja komórka nie łapie zasięgu...
- Zaraz to załatwię! - powiedział ochoczo Ron i wyciągnął swoją różdżkę. Szepnął coś pod nosem i na ekraniku pojawił się pełen zasięg.
Brunetka z radości klasnęła w dłonie i wybrała numer na klawiaturce.
***
Oliver Well spacerował po Pokątnej w towarzystwie blondynki, którą zobaczył w tłumie. Wciąż nie wiedział jak się nazywa, czy jest czystej krwi... Nie miał pojęcia gdzie się uczy ani skąd jest.
Przechadzali się w milczeniu.
- Widzę, że coś cię dręczy Oliverze - powiedziała nagle.
Chłopaka nawet nie zastanowiło skąd dziewczyna zna jego imię.
- Zdradź mi coś o sobie... Jak się nazywasz, skąd jesteś...?
- Jestem Elise Carrow. Moja rodzina kiedyś służyła Czarnemu Panu. Ogólnie miałam uczyć się w Beauxbatons, ale nie chciałam, zbuntowałam się i uciekłam. Mam dwanaście lat i idę do pierwszej klasy w Hogwarcie - odpowiedziała. - A teraz ty, powiedz coś ciekawego o sobie.
- Jestem Oliver. Oliver Well. Moja rodzina kiedyś była powiązana z rodem Potterów, ale jakaś ileś-tam-razy-pra-babunia rozwiodła się ze swoim Potterem i wróciła do nazwiska rodowego. Ukrywaliśmy się wiele lat, tylko Czarny Pan o nas wiedział. Byliśmy jego najtajniejszymi szpiegami podobno - uśmiechnął się. - Moje rodzeństwo, żeby nikt nas nie rozpoznał trafiło do Durmstrangu pod zmienionymi danymi. Mój wuj to Wiktor Krum, ale jakoś nie mogę go przetrawić. Był na balu ze szlamą Granger - machnął ręką. - Wystarczy tyle?
- Ile masz lat? - zachichotała. - Nie powiedziałeś!
- Czternaście. No i jestem w najlepszym z domów.
- Ślizgon, rozumiem? - blondynka chwyciła Olivera pod ramię.
- Oczywiście!
***
Przy przejściu z Pokątnej do Dziurawego Kotła zrobił się tłok. Weasleyowie z Melissą trzymali się mocno za ręce, żeby się nie pogubić. Ron kłócił się z żoną o jakieś głupoty, Rosie się im przysłuchiwała z wielkim zainteresowaniem, z kolei Hugo próbował zabawić rozmową swoją nową koleżankę.
- Kogoś mi przypominasz, wiesz? - powiedział nagle.
- Tak...? - Melissa wydawała się zaciekawiona.
- Przypominasz mi wujaszka Harry'ego. Wiesz, ten słynny Harry Potter jest moim wujkiem! - powiedział z dumą chłopczyk.
- Harry Potter...? - brunetka pamiętała, że ktoś już dziś o nim wspominał.
- No nie mów, że o nim nie słyszałaś! Musiała... Chociaż w sumie nie, skoro urodziłaś się u mugoli... To ja ci opowiem! - zaproponował ochoczo, na co dziewczynka kiwnęła głową.
- Więc była taka prze...
Wypowiedź Huga przerwało głośne powitanie.
- Weasleyowie w pełnym składzie? - blondynka o długich, gęstych włosach słodko uśmiechała się, wsparta na ramieniu mężczyzny z teczką.
- Luna! - ucieszyła się Hermiona.
- Dzień dobry wujku! - uśmiechnął się dwunastolatek. - On też jest znany. Pomógł wujkowi Harry'emu. Opowiem ci wszystko, obiecuję - szepnął do dziewczynki, której rękę wciąż ściskał.
__________________________________________
I jest kolejny rozdzialik *.*
Ale jestem z siebie dumna! Tyle napisałam w ciągu tych kilku dni! ;3
Mam nadzieję, że się Wam podoba, Kochani ;***
Dedyczek dla mojej AAlexy (dzięki której weny coraz rzadziej mi brakuje), Hermioniji (której komentarze niezmiernie mnie cieszą) i moich dwóch nowych obserwatorek: Stacy Malfoy i Belli Lestrange :3
Dziękuję Wam ;***
Życzę wszystkim ocieplenia i przyjścia Wiosny! :)
Wasza Cupcake.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Mój świat. Rozdział XVI: Wybierz sama!

Babunia z dziwną miną podsunęła mi talerzyk z kanapkami i kubek z kakao. Kiedy jadłam, ciągle mi się przyglądała.
- Przestałaś się szczypać - stwierdziła, cały czas wodząc wzrokiem od jedzenia do mnie.
Przytaknęłam, a srebrna bransoletka zakołysała mi się na nadgarstku. Nagle straciłam apetyt i nawet pyszne kakao jakoś przestało mi smakować.
- Nie jestem już głodna - mruknęłam, gdy napotkałam zranione spojrzenie babuni.
- W takim razie może wyszłabyś na dwór? Trzeba poodśnieżać trochę a Wiki pojechała na dworzec po rodziców...
Dosłownie czułam rozszerzające się źrenice.
- Łyknij sobie jeszcze kakao, na rozgrzanie. Nie jest tak znowu ciepło l, chociaż słoneczko świeci...
Powoli, ale posłusznie upiłam mleczno-kakaowego napoju, po czym niespiesznie przeszłam do przedpokoju i ubrałam się ciepło. Jednak zamiast wziąć się za odgarnianie śniegu, kiedy tylko znalazłam się na zewnątrz rozejrzałam się w poszukiwaniu zaspy śniegu ze snu. Mój wzrok od razu padł na sporą zaspę przy podjeździe.
- Nieee... - jęknęłam.
Zawróciłam do garażu po łopatę do odśnieżania. Kiedy podniosłam drzwi do góry od razu owionął mnie specyficzny zapach zawilgotniałego pomieszczenia połączony z drażniącym benzyny. Nigdy nie lubiłam tu chodzić...
Starając się nie myśleć o moim dziwnym śnie, chwyciłam narzędzie i wyszłam przed dom. Śnieg był dosyć świeży - musiał spaść po moim nocnym powrocie. O dziwo było go dosyć sporo. Zaspa z każdą chwilą rosła. Kiedy była równa ze mną byłam już strasznie zmęczona. Nie zważając na to, że przemoczę spodnie klapnęłam na śnieg. Przymknęłam oczy, bo słońce mnie w nie raziło. Pozwoliłam myślom podążać swoimi drogami. Wybrały, czego mogłam się spodziewać, tajemnice braci Sosnowskich. Tym, co aktualnie najbardziej mnie dręczyło, było jedno imię, które padło ostatnio wiele razy. Iris. Kim ona jest? A może raczej kim była...?
- Wybierz sama! - usłyszałam nagle, kiedy coś przesłoniło mi rażące promienie.
Powoli rozwarłam powieki by ujrzeć...
- Melania! Co ty wyprawiasz dzieciaku! Wstawaj mi z tego śniegu, co sąsiedzi powiedzą! Wika, na co ty jej pozwalasz?!
...moją cudowną mamę, jak zawsze w świetnym humorze.
- Konrad! Nie ociągaj się! Przenoś szybko te walizki! - kobieta zarzuciła włosy na plecy.
Była niewysoka, jak ja. Jednak resztę jej cech odziedziczyła Wiki. Cienkie, jasne włosy, które aktualnie były pofarbowane (u mamy) na rudo. Zawsze narzekała, że ich nie lubi. Od kiedy wyjechała zaczęła karierę modelki, dlatego bardzo schudła. Zaczęłam się zastanawiać, czy planuje zrobić nam dietetyczną Wigilię, kiedy zauważyłam, że w stronę naszego domu zmierzają dwie postaci. Skądś je znalazłam...
- Melka, mogłabyś się ruszyć i mi pomóc! - warknęła, niosąc małą torebeczkę. Uniosłam w górę brew i wyciągnęłam rękę po torebkę. - Nie to, głupia - przewróciła oczami i podała mi z samochodu dwie wielkie siatki z zakupami, pod których ciężarem się ugięłam. - Nieś to kuchni - uśmiechnęła się do mnie sztucznie i wróciła do wydawania poleceń wszystkim dookoła.
Powoli doczłapałam się do kuchni i odstawiłam zakupy z ciężkim westchnieniem.
Zapamiętałam ją zupełnie inaczej. Zanim została twarzą jakiegoś maleńkiego, nieznanego magazynu mody była... normalna.
- Mela, nie siedź, tylko pomóż - sapnęła Wiki wnosząc jakieś walizy po schodach.
Szybko poszłam jej pomóc.
***
- Nie ma mowy! - warknęła mama patrząc z niedowierzaniem na babunię. - Tradycyjne potrawy są strasznie tłuste! Chcesz mnie utuczyć? Nie ma mowy! - tupnęła nogą.
- Innych nie zrobię! - fuknęła babcia.
- W porządku. Konrad, zbieraj nasze rzeczy!
Tata cały czas potulnie chował się po kątach. Teraz wyszedł z ukrycia i zaczął powoli ciągnąć bagaże z powrotem do samochodu.
Razem z siostrą patrzyłyśmy na to ze zdziwieniem.
Nagle tata rzucił jedną z toreb, odwrócił się do mamy, mierzącej babunie mordeczym wzrokiem i powiedział:
- Ja tu zostaję. Jak chcesz mogę cię zapakować. Chcę spędzić święta z córkami i mamą.
Mama otworzyła usta ze zdumienia i z fuknięciem zawróciła się w stronę wyjścia.
- Jak chcesz. Jesteś tak beznadziejny jak wszyscy. Spakuj mnie.
***
Kiedy Wiki wsiadła do swojego Maluszka, by odwieść mamę kolejny raz zdziwiło mnie, jak wiele może pomieścić tak małe autko.
- To co, Mela, święta? - tata poklepał mnie po ramieniu.
- Tak... - uśmiechnęłam się.
We troje wpatrywaliśmy się przez okno, w padający śnieg. Z babunią po lewej i z tatą po prawej czułam, że w końcu chociaż część całego mojego życia powoli może zacząć wracać do jakiekolwiek normy.
Było mi dobrze. Dawno nie miałam okazji spędzić świąt w takiej atmosferze i takim towarzystwie...
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi.
- Melanio, kochanie... otworzysz? - szepnął mi tata, zdejmując dłoń z mojego ramienia.
Przytaknęłam i poszłam zobaczyć, kto przyszedł. Kiedy otworzyłam drzwi coś przewróciło mi się w żołądku, a serce na moment zamarło.
____________________________________
Wiem, że nudny i nic się nie dzieje, ale trzeba i takich czasem rozdziałów, prawda?
Komciajcie, strasznie dużo energii i ochoty i wgl to daje!!! ^^
Pozdrawiam.
Wasza Cupcake.

środa, 10 kwietnia 2013

Mój świat. Rozdział XV: Wskażemy ci drogę...

Kiedy dotarłam do domu miałam kompletną pustkę w głowie. W sumie może to i lepiej. Nie chciałam o niczym myśleć. Wolałam po prostu włożyć słuchawki w uszy, rzucić się na moje miękkie łóżko, przykryć się kołderką i oddać się Morfeuszowi. Niestety, jak to się często zdarza, los zaplanował dla mnie akurat coś zupełnie innego.
Zrzuciłam buty i kurtkę w przedpokoju. W całym domu było nienaturalnie cicho. Wszystkie światła były pogaszone, zdawało się, że cały dom jest pogrążony w głębokim śnie.
Powoli ruszyłam przed siebie korytarzem. Po drodze zerknęłam na duży zegar, stojący w salonie, który wskazywał zaskakującą dla mnie 3.40. "Jak to możliwe? - przeszło mi przez myśl. - Nie mogłam przecież... tyle czasu... Dominik...". Spokój w mojej głowie zniknął bezpowrotnie. Już wiedziałam, że na szybki sen nie mam co liczyć. Galopujące myśli krążyły wokół tajemniczego chłopaka. "W sumie już nie aż tak tajemniczego..." - wspinając się po schodach, wróciłam myślami do przytulnej kawiarni. Pomyśleć, że ktoś taki dość zwyczajny, ktoś kogo codziennie mijamy na korytarzach szkoły może być kimś tak niezwykłym...
Moje rozmyślania przerwały dźwięki dochodzące z pokoju Wiki. Zdawało mi się, że słyszę szepty. Po cichu, na palcach, podeszłam pod sypialnię siostry i przystawiłam oko do dziurki od klucza. Nie było nic widać... Zaczęłam uważnie nasłuchiwać. Doszedł mnie cichy głos Wiki i... kogoś jeszcze. Wydawał się znajomy...
- ...jej powiedzieć...
- ...za wcześnie!... jeszcze czasu...
- Nie mamy przed sobą tajemnic! - pisk mojej siostry mógłby zbudzić zmarłego.
- Ciiiii... Chyba ktoś tu nas słyszy... - męski głos zdawał się być coraz bliżej.
Bojąc się zdemaskowania przemknęłam szybko do siebie i zamknęłam cicho drzwi. Zacisnęłam powieki i (mając nadzieję, że nie będą sprawdzali kto ich podsłuchiwał) osunęłam się po ścianie na podłogę. Chwilę siedziałam w bezruchu, próbując uspokoić oddech i myśli. Nasłuchiwałam.
- Do jutra! - dobiegł mnie cichy głos siostry.
Po chwili rozległ się skrzyp schodów, po nim przekręcanie klucza w zamku i znów odgłos wchodzenia po schodach. Kiedy trzasnęły drzwi pokoju Wiki zrozumiałam, że jej gość musiał już wyjść.
Wciąż siedziałam na podłodze, kiedy poczułam lekki powiew wiatru. Podniosłam powieki i zobaczyłam blondyna zamykającego okno.
- Cześć - niepewnie szepnął, odwracając się ku mnie. Błękitne oczy wpatrywały się we mnie ze spokojem i ciekawością jednocześnie.
Kiwnęłam głową na powitanie, wstałam z miejsca i podeszłam do łóżka, a którego brzegu przysiadł już chłopak.
- Więc już wiesz o Dominiku...? - zapytał. W głowie coś mi zaświtało. Ten głos słyszałam niedawno...
- Byłeś u Wiki - stwierdziłam bez ogródek.
- Tak - potwierdził, wyraźnie zdziwiony moimi słowami. - A o co chodzi?
- Co tam robiłeś? - mój ton był oschły. Może trochę za bardzo...
- Wiesz... - skrępowany zaczął drapać się po karku. - No bo... Rozmawialiśmy.
- Okej - uniosłam brew. Stwierdziłam, że za wiele z niego teraz nie wyciągnę. Postanowiłam zapytać później Wiki... - O co się pytałeś?
Przewrócił oczami i westchnął. Nie wiedziałam, czy to był wyraz ulgi, zakłopotania czy po prostu dał upust swojej irytacji (wywołanej zapewne moją dociekliwością).
- Pytałem czy wiesz już o Dominiku.
- Tak, wiem - odparłam. - A czemu pytasz?
- Co wiesz? - było to bardziej żądanie niż pytanie.
Zmierzyłam go wzrokiem. "W sumie... Co to go obchodzi?"
- Po co ci to?
- Chcę chronić moich... No i muszę chronić ciebie. - w jego oczach, zdawało się, błyszczała duma.
Czułam, że mogę mu zaufać.
- Powiem ci... - westchnęłam i przymknęłam powieki. - Wiem, że był aniołem, ale się zbuntował. Powiedział, że dostał wilczy bilet - uśmiechnęłam się na wspomnienie jego słów. - I wiem, że ty także jesteś aniołem... - otworzyłam oczy i spojrzałam w jego nieskazitelnie błękitne tęczówki. - Dobrze zrozumiałam?
- Mówił coś jeszcze...?
- Możliwe... - wzruszyłam ramionami. - Nie jestem pewna...
- Okej...
- Jeszcze mówił do mnie Iris... Może ty mi powiesz, dlaczego?
Wzrok chłopaka nagle zmienił obiekt obserwacji ze mnie na bardzo interesujące półki z książkami.
- Marcel... Mówię do ciebie! - warknęłam, chwytając go za ramię.
- Sam ci powie... Jak przyjdzie czas.
Westchnęłam i opadłam na poduszki.
- Mam ci jednak coś do przekazania...
- Co chcesz jeszcze...? - mruknęłam, zakrywając twarz rękami.
- Pomiędzy dwoma światami rozdarta,
zawieszona na linii nienawiści,
odrodzić może pradawne,
jeśli tylko odpowiednio wybierze. - oczy chłopaka błyszczały turkusem, gdy mówił.
- Co? - wydusiłam, patrząc na niego spomiędzy palców.
- Żegnaj, Iris.
Blondyn zniknął, gdy mrugnęłam.
- Czuwam - usłyszałam cicho wypowiedziane słowa. Zdawały się unosić w powietrzu wokół mnie, gdy pochłaniał mnie sen.
***
W kuchni na blacie leżała kartka. Szybko wzięłam ją do ręki i przeczytałam: WYBIERZ DOBRZE, IRIS.
Jak oparzona odrzuciłam kawałek papieru. Na ręku zakołysała się srebrna bransoletka. Nagle zdałam sobie sprawę, że dotykam wszystkiego wokół mnie nawet nie martwiąc się o szczypanie.
Szybko wypiłam napój z kubeczka i wybiegłam z domu, prosto w wielką zaspę śniegu. Tarzałam się po nim jak małe dziecko. Chichotałam radośnie, kiedy słońce zakryły mi dwa cienie. Kiedy zobaczyłam, kto to, coś przewrociło mi się w żołądku.
- Chodź z nami, Iris... Wskażemy ci drogę...
***
Obudziłam się zalana potem. Do moich drzwi ktoś się dobijał. Nie przypominałam sobie, żebym zamykała je na klucz...
Westchnęłam.
- Mogłybyście się same otwierać...
Nagle do pokoju wpadła Wiki z bezcenną miną. Zaczęłam chichotać.
- Przestań się śmiać, młoda - warknęła starsza siostra. - Lepiej mów co to spowodowało takie wrzaski...
Przełknęłam ślinę. Nie byłam pewna, czy mówić Wiki o moim śnie.
- Nic nie mów! - usłyszałam.
- Słucham...? - zapytałam głupio. Po chwili zdałam sobie sprawę, że nie powiedziała tego Wiki, a mój wczorajszy późny gość...
- No, Melka, mów czemu tak się darłaś - przewróciła oczami i opadła na fotel.
- Nie... Nie pamiętam - wydusiłam niepewnie. - Babunia zrobiła śniadanie?
- Już dawno śpiochu - uśmiechnęła się do mnie i wstała. - Czeka na ciebie na dole - przyjrzała mi się uważnie. - Nowa moda na spanie w ciuchach? - parsknęła. - Weź, włóż coś na siebie i leć do kuchni. Babunia się wczoraj niepokoiła...
_______________________________
DUM DUM DUM DUUUUUM.
Odzyskałam telefon, więc napisałam rozdzialik ;*
Mam nadzieję, że się podobał ^^
Pytania? Pytajcie!
Uwagi? Śmiało!
Coś chcecie? Nie krępujcie się!
:D
Dedyczek wędruje do littlegraybutterfly, AAlexy oraz Kath :*
Oprócz nich także do mojej Klaudii, mojej Emilci, mojej Julci oraz mojej Pauliny ;*** Mam nadzieję, że nadal czytacie moje wypociny ;3
Pozdrawiam cieplutko ;*
Wasza Cupcake.

środa, 3 kwietnia 2013

Chlip, chlip...

Niestety mam telefon w naprawie i przez jakieś dwa tygodnie raczej nie dodam żadnej nowej notki ;<

Mam nadzieję, że mój stary telefonik chociaż pozwoli mi na komentowanie u Was... ;<

Do przeczytania za 2tyg...

Wasza (przesmutna) Cupcake.

czwartek, 28 marca 2013

Mój świat. Rozdział XIV: Zdaję się na ciebie

Stałam wpatrując się w jego plecy. Skórzana kurtka opinała jego, jak zauważyłam, umięśnione ciało.
- Nie jest ci zimno w tej kurtce? – zapytałam bez namysłu.
Brunet zaśmiał się cicho.
- Nie.
Po chwili ciszy dodał:
- Takim jak ja zimno nie jest. Gorąco też nie.
Wciąż stał do mnie tyłem. Na tle zaśnieżonego lasu bardzo się wyróżniał. Ręce włożył do kieszeni przetartych lewisów. Wyglądał na wyluzowanego, jednak czułam, że to tylko maska. W głębi bał się moich pytań.
- Dlaczego?
- Co: "dlaczego"? - mruknął.
- Mam wiele pytań "dlaczego?" - uśmiechnęłam się. - Zacznę od... dlaczego tutaj jesteśmy?
Westchnął. Po chwili odwrócił się do mnie i powiedział:
- Bardzo sentymentalne miejsce. Lubię tu przebywać.
Zauważyłam, że mówiąc o tym jego oczy stają się nieobecne, jakby widział właśnie coś, co miało miejsce bardzo dawno temu; tak dawno, że nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. Pomyślałam, jak bardzo pragnęłam w tej chwili przeniknąć do jego umysłu. Niespodziewanie ocknął się z dziwnego zamyślenia trwającego dłuższy moment – jego oczy znów zaczęły dostrzegać otaczającą nas rzeczywistość. Rozejrzał się dookoła.
-No i jest tu całkiem ładnie - wzruszył ramionami. - Wystarczy?
- Dlaczego sentymentalne?
- Stało się tu coś ważnego. Ważnego dla mnie. Mimo że minęły… wieki, dziś znaczy to dla mnie tyle samo, co wtedy. Jednocześnie kocham i nienawidzę wspomnienie tego dnia.
- Chcesz mi powiedzieć, co się stało?
- Rozmawiałem tu z wyjątkową osobą. – uśmiechnął się z nostalgią.
"Kochał ją" - przemknęło mi przez głowę.
- W porządku...
- Marzniesz. Nie owijaj w bawełnę. - mruknął. – Pytaj i opuszczamy to urocze miejsce.
- Nie mów mi co mam robić - wycedziłam przez zęby. Od zawsze wolałam sama decydować o sobie.
Nagle uderzyło mnie, jaka bierna byłam przez ostatnie miesiące. Jakbym trwała w letargu, półżywa. Jakbym była marionetką w marnym teatrzyku ulicznym. Jakbym była pod hipnozą...
- Co mi robiłeś przez ostatnie miesiące z głową? Z wolną wolą...? Ze MNĄ?! – ostatnie słowa wykrzyczałam.
- Taka sztuczka... Nie chciałem, żeby coś ci się stało. A wiedziałem aż za dobrze, że nie byłabyś posłuszną dziewczynką i nie utrzymałyby cię w domu twoje... hm, nazwijmy je opiekunkami...? - chłopak wyrzucił z siebie praktycznie na jednym wdechu.
- Milusio. Praktycznie się nie znamy a ty mi tu wyskakujesz z "wiedziałem aż za dobrze" - prychnęłam.
- Znam cię bardzo dobrze, Melanio. Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo.
Nie wiedziałam co myśleć. Dominik był bardzo pewny siebie. Starannie dobierał słowa. Nie pozwalał, by zapanowały nad nim emocje.
Też musiałam być twarda. Trzeba wziąć dwa głębokie wdechy i uspokoić się. I pytać...
- Skąd mnie niby znasz...? - zmrużyłam oczy.
Brunet nic nie odpowiedział. Stał nieruchomo.
- Skąd mnie tak dobrze znasz? Kim jesteś, by tak mówić? No bo chyba nie Bogiem...! - warknęłam. - Powiesz w końcu?!
Chłopak westchnął.
- Oj, nie umiem ci odmawiać, kochanie... Nigdy nie umiałem, wiedziałaś o tym zawsze. I wykorzystywałaś to, gdy tylko mogłaś... - powiedział cicho i odwrócił się do mnie tyłem.
Nie miałam pojęcia o czym on do mnie mówi. Wpatrywałam się jak sroka w gnat w jego plecy.
- Że co...?
- Podejdź. Dotknij.
- O czym ty do cholery gadasz, Dominik?!
Odwrócił się w moją stronę. Jego oczy były teraz bardziej stalowe niż kiedykolwiek. Chwycił moją rękę i podsunął do środka jego pleców. Próbowałam wyrwać rękę, jednak trzymał ją zbyt mocno, bym mogła się wyszarpnąć.
Pod palcami poczułam coś miękkiego. Puścił mnie. Z ciekawością obeszłam chłopaka dookoła i przyjrzałam się jego tyłowi. Czarna, skórzana kurtka. Wyciągnęłam dłoń przed siebie i jeszcze przed zerknięciem palców z kurtką poczułam coś pod palcami. Było to miękkie jak... pióra.
- Co... co to... Co to ma znaczyć? - wyjąkałam, gładząc coś niewidzialnego.
- Mówiłem już... Nie jestem zwykłym człowiekiem. Nie jestem człowiekiem.
- Opowiedz! - zażądałam.
- Iris... Tyle czasu minęło, a ty zupełnie się nie zmieniłaś...
- I-Iris...? Człowieku, ogarnij się - mruknęłam. - Jestem Melka, Melania Lis. Nie wiesz z kim rozmawiasz?
- Jak zawsze - odwrócił się przodem do mnie. – Niepotrzebnie aż tak się wczuwasz w swoje ludzkie role.
Stalowooki wpatrywał się uważnie w moje oczy. Chciałam uciec. Przerażał mnie jego wzrok. Twardo utkwiony w moich źrenicach. Jakby chciał wyczytać mi z twarzy moje myśli... Może rzeczywiście to robił?
- Wiesz, co znaczy twoje prawdziwe imię, moja kochana Iris?
- Przestań mówić do mnie Iris! Jestem Melania! - krzyknęłam.
Zaśmiał się.
- Buntownicza jak zawsze.
- Przestań! Nie wiem o czym mówisz! Nie lubię zagadek!
- Dobrze, kochanie - uśmiechnął się. – A teraz chodź stąd, bo zmarzniesz. – wydał mi polecenie głosem nieznoszącym sprzeciwu. Jakby wiedział lepiej.
- Nie. Najpierw mi wszystko wyjaśnisz, Dominiku. - stwierdziłam i przeszłam kawałek dalej, by usiąść na wystającym nad śnieg pieńku.
Chłopak poszedł za mną. Stanął obok i oparł się o pień brzozy.
- Co chcesz wiedzieć?
- Wszystko - odparłam. - Od początku.
Westchnął. Chyba go troszeczkę zirytowałam...
- Dobrze. To lepiej okryj się tym, bo trochę to potrwa... - podał mi koc, który wziął "z powietrza". - Może jednak przejdziemy gdzieś, gdzie będzie cieplej...? Co, Iri... Melanio?
- Okej. - westchnęłam z rezygnacją. - Zdaję się na ciebie - mruknęłam, wstając.
Bez słowa chwycił mnie za rękę i poprowadził w stronę zaśnieżonej dróżki.
***
Ściany miały bardzo ładny czekoladowy kolor, światło wydobywało się z lamp owiniętych delikatnymi kremowymi zasłonkami. Ciemne stoliki ozdobiono kremowymi obrusikami i małymi bukiecikami bordowych róż. Cała kawiarnia była bardzo przytulna. Dziwne, że nigdy na nią nie wpadłam wcześniej.
Dominik wciąż trzymał mnie za rękę, kiedy weszliśmy do środka. Kręciło się tam sporo zakochanych par.
Tuż po przekroczeniu progu owionął mnie słodki zapach gorącej czekolady, kawy z mlekiem i ciast.
- Pani pozwoli - powiedział brunet, puszczając moją dłoń i wyciągnął ręce po moją ciepłą kurtkę.
Ściągnęłam ją i podałam mu, ruszając na poszukiwania wolnego stolika.
Usiadłam w samym kącie kawiarni i czekałam na chłopaka. Po chwili przyszedł z dwoma filiżankami parującej czekolady.
- Zaraz przyniosą szarlotkę. Wiem, że ją lubisz.
Kiwnęłam głową. "To moje ulubione ciasto... Skąd on to wie?!". Pytania w mojej głowie mnożyły się.
- Możesz zacząć - szepnęłam, podsuwając do siebie gorący napój.
Rozejrzał się wokół niepewnie, jakby sprawdzał czy na pewno nikt nas nie podsłuchuje.
- Kiedyś byłem kimś innym. Ale wszystko się zmieniło, nabrało innego znaczenia. – powiedział opanowanym, ale jednocześnie twardym głosem. Czułam jego wewnętrzną siłę, bijącą energię i waleczność. Nigdy bym mu tego nie wyznała, ale prawda była taka, że imponował mi. Co więcej – instynktownie czułam respekt.
- Zacznijmy może od tego kim byłeś a kim jesteś teraz? - westchnęłam.
Milczał ze wzrokiem patrzącym w dal, której ja nie mogłam dostrzec. Po raz drugi tego dnia obserwując go, widziałam osobę, której świat nie ogranicza się do przysłowiowego „tu i teraz”. Jego rzeczywistość wykraczała poza moje wyobrażenia. Głupiałam. Czułam się przy nim jak małe dziecko, nieświadome niebezpieczeństw czyhających na niego w groźnym otoczeniu. Jego twarz stawała się coraz bardziej nieprzenikniona – do tego stopnia, że bałam się przerwać tę dręczącą ciszę. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie podjęła tego ryzyka.
- Mam dość. Powiedz, co masz powiedzieć, nie przedłużaj. - przewróciłam oczami, starając się sprawić wrażenie przynajmniej w połowie tak opanowanej jak on. Chciałam udowodnić mu swoją siłę, bo miałam dość ciągłego lekceważenia. Wyprostowałam się, uniosłam podbródek, zmrużyłam oczy i delikatnie nachylając się w jego stronę, zdecydowanie powiedziałam – Teraz powiesz mi prawdę o sobie.
Również się nachylił i spojrzał mi prosto w oczy. Serce zabiło mi mocniej. Obawiałam się tego, co mogę usłyszeć, ale już nie było odwrotu.
- Iris. Jestem aniołem.
Podeszła do nas kelnerka, niosąca na tacy talerzyki z ciastem.
- Smacznego - mrugnęła do Dominika, stawiając zamówienie na stoliku. Po chwili już jej przy nas nie było.
Patrzyłam na niego wyczekująco, ale nic nie powiedziałam. Poczułam się jak w dziwnym śnie, tylko przebudzenie wydawało mi się beznadziejnie odległe. To co właśnie się działo, było doskonałym dowodem świadczącym o tym, że nic nie jest takie, jakim się wydaje. Albo że powinnam odwiedzić najbliższy zakład psychiatryczny.
- Byłem aniołem. Podobnie jak mój brat. Zbuntowałem się – tu zaśmiał się ironicznie – i dostałem wilczy bilet. Teraz trudno określić mój status.
Momentalnie spoważniał i dodał tonem pełnym majestatu – Wiem, co robić. Nie musisz się bać. Dla nich wszystko jest czarno-białe; ja jestem ponad to.
Znowu zapadła cisza. Miałam wrażenie, że dręczący paraliż objął nie tylko moje ciało, ale wszystko dookoła, jakby świat stanął w miejscu. Nawet powietrze zgęstniało i utrudniało mi swobodny oddech. Ten krótki monolog streszczał w sobie odpowiedź na wszystkie dręczące mnie od miesięcy pytania, jednak chaos i dezorientacja w mojej głowie sprawiły, że pojawiła się armia nowych niejasności, które pragnęłam, aby mi teraz wyjaśnił. Niestety, byłam w stanie wydusić z siebie tylko jedno słowo.
- Słucham?
- Dobrze usłyszałaś. Nie będę się powtarzał - zauważyłam, że na jego talerzyku zostały same okruszki, a z filiżanki już dawno musiała przestać lecieć para. - Idziesz ze mną, Iris? - szepnął, wstając.
- Melania - mruknęłam, odkrajając sobie kawałek szarlotki.
- Idziesz...?
- Jem - odparłam.
Westchnął. Myślałam, że z powrotem usiądzie naprzeciwko mnie. Jednak tak się nie stało. Zostawił na stole filiżankę z talerzykiem i skierował się do wyjścia.
Poczułam, że nie mogę tak po prostu pozwolić mu wyjść. Wstałam i pobiegłam za nim.
- Jednak? - zapytał z kpiącym uśmiechem i podał mi kurtkę.
- Nie skończyliśmy rozmawiać - prychnęłam, udając pewność siebie. - Ładnie to tak przerywać rozmowę i wychodzić bez pożegnania? - otworzył przede mną drzwi.
Zimny wiatr owionął nas i rozwiał mi włosy.
- Iris, zawsze musisz postawić na swoim, co? - ruszyliśmy przed siebie.
Po chwili ciszy zapytałam:
- Kim jest Iris?
Dominik przymknął oczy i odparł:
- Nie tutaj. Nie teraz... Potem ci powiem.
________________________________________
I jest rozdział czternasty! *.*
Wielkie dzięki dla Emilki, bez której ten oto rozdział byłby bezsensownym zlepkiem słów. To ona tchnęła życie w dialogi i cały rozdział... Dziękuję Ci, kochana!!! ;***
Dedykacja właśnie dla niej oraz dla:
· Pauliny, której mam nadzieję wróci wena do komentowania ;>
· Łukasza, który może w końcu powie mi coś więcej niż: "ciekawie" "dobrze" czy "i tak już jest dobrze, nie mam uwag" ;D
· no i wszystkich odwiedzających i komentujących!
Zostawiajcie po sobie ślady, opinie... Chcę wiedzieć co myślicie!
Z okazji zbliżających się świąt chcę Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia zdrowia, szczęścia itd., smacznego jajka i oczywiście mokrego dyngusa! No i poprawy pogody, bo nie wiem jak Wam, ale mi to ta zima już zbrzydła...
Wasza Cupcake.
PS Look at this!

wtorek, 26 marca 2013

Uwaga!

Przenoszę bloga "Nie zawsze zmysły mówią prawdę" na nowy adres ;) Oto on: [klik]
Mam nadzieję, że nie będzie z tum żadnych utrudnień...
Już niedługo chapter two! ^^ Liczę na Wasze komentarze ;***
Wasza Cupcake.

sobota, 23 marca 2013

Mój świat. Rozdział (nieszczęśliwie) XIII: Romantycznie, prawda?

Zbiegłam schodami.
Nie oglądając się za siebie podeszłam do szafek z butami. Schyliłam się i wyciągnęłam czarne kozaczki do półłydki na niziutkim obcasie.
 - Jesteś pewna, że są odpowiednie...? - usłyszałam nad sobą.
 Zdenerwowana podniosłam się i... grzmotnęłam głową w brzuch chłopaka.
- Dobrze ci tak - mruknęłam cicho. - Przepraszam! - dodałam głośniej.
Siedziałam w kucki przed szafką zawaloną wszelkiego rodzaju butami z brunetem pochylonym nade mną, kiedy usłyszałam skrzypienie schodów.
- Melcik, dokąd idziecie?
- Ym... Tego... Park... Bulwary... Miasto... - mruczałam bezsensu.
- Spacer, psze pani - odparł chłopak, prostując się.
Zerknęłam w bok, w stronę schodków. Babunia stała w różowym sweterku i granatowych dresach z długimi włosami zawiniętymi na wałeczki. Miała dziwne, nieobecne spojrzenie. Nagle stuknęła dłonią o poręcz, uśmiechnęła się i ze słowami "miłej zabawy" poczłapała na górę.
Wróciłam do szafeczki. Chwyciłam szare trapery, mówiąc:
- Teraz lepiej, panie wszechwiedzący?
- Tak, mała...
Założyłam buty i podniosłam się z miękkiego dywanu. Z wieszaka zdjęłam moją ciepłą, granatową kurtkę i, nie patrząc na mojego gościa, narzuciłam ją na siebie. Z półeczki wzięłam klucze i ruszyłam do wyjścia. Nacisnęłam klamkę i pchnęłam drzwi.
Wszędzie było biało. Płatki sypały się z nieba, zaspy były po kolana. Na podjeździe warstwa śniegu była świeża, ktoś musiał niedawno go pozgarniać. Z kolei na zwykle zielonej, kwiecistej rabatce wielkie góry śniegu były prawie równe mnie.
- Kochanie, zamknij drzwi, bo nam do środka wieje! - usłyszałam z głębi domu.
Stałam oparta ręką o framugę, z jedną nogą na progu.
Wyszłam na zewnątrz i wykonałam polecenie babuni. Kiedy przekręciłam klucz poczułam, że ktoś łapie mnie w talii i podnosi. Nie mogłam się obrócić, zaczęłam wierzgać, wyrywać się.
- Spokojnie, mała. Nic ci nie zrobię - usłyszałam.
Widoki zmieniały się w zastraszającym tempie. Domy z mojej ulicy. Blokowisko przy szkole. Autostrada. Las.
Trzymał mnie mocno i pewnie.
Zwolniliśmy, kiedy zobaczyłam zasnieżoną plażę. Postawił mnie. Sosny ozdobione białym puchem otaczały małą polankę prowadzącą do oblodzonego jeziorka. Widok niczym z zimowej pocztówki.
- Romantycznie, prawda?
Obróciłam się. Brunet uśmiechał się do mnie.
- Nie. - odparłam wbrew temu, co widziałam. - Chcę wiedzieć - wyrzuciłam z siebie.
Chłopak zamrugał ze zdziwieniem.
- Co...?
- Dominik, nie żartuję.
Stalowe oczy zmatowiały.
- Czego ty ode mnie chcesz? - warknął.
- Powoedz mi lepiej o co wam chodzi - odparłam chlodno. - O co chodzi z tym, co widzę, co czuję, co wyprawiasz ze swoim braciszkiem? Jak to się dzieje, że znikąd pojawiacie się w moim domu, że wskakujecie bez wysiłku do mojego pokoju przez okno, ze sterujecie mną jak marionetką? O co chodzi z amuletami? Co wypraiwasz z moją głową? Dlaczego nic nie wiem? Gdzie moja pamięć? Skąd dziwne wizje? Dlaczego nic nie mówisz? To boli, wiesz? Jestem tylko człowiekiem. Zwykłą, niewyróżniającą się szesnastolatką. Czemu akurat mnie to wszystko się musiało przydarzyć...?
Dominik odszedł kilka kroków i oparł się o pień wysokiej sosny.
- Nie jesteś zwykłą nastolatką.
- No przepraszam, ogrem nie jestem - fuknęłam i podeszłam do niego.
- To prawda, jesteś za ładna na ogrzycę.
Westchnęłam.
- Możesz nie zmieniać tematu?
- Nie. - wzruszył ramionami. - Nie mogę za dużo ci powiedzieć.
Popatrzyłam na niewzruszoną twarz stalowookiego. Poczułam zbierające się we mnie frustrację, gniew, złość, niecierpliwość, pragnienie wiedzy, powrotu do normalnego życia i przyjaciół... Zwinęłam rękę w pięść i obróciłam się energicznie, celując w brzuch bruneta...
...uderzyłam jednak nie w chłopaka a w pień sosny. Znowu zniknął zanim zdążyłam cokolwiek mu zrobić.
Rozejrzałam się wokół. Stał na drugim końcu polany.
- TCHÓRZ! - ryknęłam na całe gardło. - Boisz się mnie? Boisz się dziewczyny? A może próbujesz uniknąć pytań? Nic ci to nie da! I tak się wszystkiego dowiem! - z tymi słowami ruszyłam przez śnieg w stronę leśnej dróżki.
- Stój - coś mnie zatrzymało. Nie mogłam zrobić kroku w przód.
- Jak ty to robisz? - mruknęłam wściekła. - Możesz mnie puścić? Chcę iść...
- Powiedziałem stój...?! - warknął i już stał przede mną. - Chcesz odpowiedzi? Proszę bardzo. Pytaj. - odwrócił się do mnie tyłem.
Coś, co mnie trzymało, zdawało się opaść między nas.
- Pytasz czy nie? - syknął. - Nie mam wieczności. No i... i nie... No... Nie chcę żebyś tu zamarzła...
________________________________________
Ta daaaaaa ;>
Kolejny rozdzialik. To tak na rekompensatę tak długiego oczekiwania na poprzedni ;*
Mam nadzieję, że się spodobał. Nie jestem jakaś mega z niego zadowolona, nie bardzo mi szło... Ale żywię nadzieję, że Wam przypadnie do gustu *.*
Czekam na komentarze, kochani ;***
Dziękuję za ponad 1600 wejść! :3
Dzięki Wam aż chce się pisać ;>
Dedyk dla wszystkich czytających (będę hojna xD)
Pozdrawiam i życzę weny wszystkim piszącym ;))
Wasza Cupcake.
PS Zapraszam również tu ;3