Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Młodzieżowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Młodzieżowe. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 lutego 2013

Pod jemiołą. Rozdział III

Opadłam na kolana. Szorstki asfalt poranił mi je. Ale nie czułam bólu. Mrugałam powiekami, by odpędzić mroczki wywołane reflektorami. Między ciemnymi plamami zaczęłam dostrzegać okolicę. Pustą ulicę. Żywopłot domu naprzeciwko. I błyszczący metalicznie numer 69 zawieszony na ścianie budynku. Mimo, że dom był zapuszczony numerek zawsze był wyraźnie widoczny i wypolerowany. Pamiętam, że kiedyś mnie to bardzo interesowało...
- Nic się pani nie stało? - wyrwał mnie z zamyślenia męski głos.
- Nie nic, dziękuję - odparłam cicho nie patrząc w górę i powoli podnosząc się z asfaltu.
Poczułam ręce po bokach. Silny uścisk pomógł mi powrócić do pozycji stojącej.
- Dziękuję panu bardzo - szepnęłam. Postanowiłam patrzeć w twarz swojego rozmówcy. Podniosłam wzrok.
Spotkałam spojrzenie dwóch zatroskanych zielonych, jak łąka po wiosennym deszczu, tęczówek.
- Napewno wszystko w porządku? - mężczyzna przyglądał się mi z uwagą. Kiedy kiwnęłam głową zapytał: - To pani psiak wbiegł mi pod koła?
 - Kurcze... Strasznie pana za niego przepraszam...
- Nie ma za co! - mężczyzna obrzucił mnie dziwnym wzrokiem. - Nie o to mi chodziło. Chciałem pani pomóc go szukać...
- Szukać? - powtórzyłam głupio.
- Tak. Wiem, w którą stronę pobiegł.
- On żyje... - szepnęłam. - Będę panu bardzo wdzięczna!

***

Ze Szczęściarzem pod pachą wróciłam do domu.
- Co się stało? - zapytała mama, gdy tylko przekroczyłam próg. - I czemu nasz potworek jest taki brudny? I... Boże, Ninka, czy to krew?
- Potem powiem - burknęłam. - Idę z nim do łazienki.
Psiak od razu zaczął się wyrywać, gdy zbliżyłam się z nim na rękach do drzwi, za którymi kryło się jego znienawidzone miejsce.
Wsadziłam Szczęściarza do wanny i odkręciłam wodę. Kiedy strumyczki zaczęły dopływać do łapek czworonoga, ten zaczął się cofać.
- Pomogę ci - usłyszałam za sobą głos mamy. - Nie wzięłaś szamponu.
Druga para rąk przytrzymała psiaka, żeby nie uciekł, kiedy delikatnie spłukiwałam jego skołtunioną sierść.
Szamponu wolałam jeszcze nie używać, maluszek mógł mieć jakieś rany - wraz z panem Janem znaleźliśmy go zaplątanego w dziką różę.
Powoli oglądałam ciało pieska, co jakiś czas wyciągając pojedyncze kolce. Zajęło to wieki.
Poważnych obrażeń nie było. Samochód pana Jana nie poturbował zwierzaka, bo ten zdążył przebiec przez ulicę.
W ogrodzie domu numer 69 znalazł schronienie, jednak dość nietrafnie patrząc na jego ranki.
Opowiedziałan wszystko mamie, gdy zaczęłam kąpać Szczęściarza (już z szamponem).
- Może pannie Dziób o niego chodziło... - jedyny komentarz co do całej sytuacji.
- Podasz ręcznik? - zakończyłam dyskusję o "nowej miss".
Uradowany z końca kąpieli pies zaczął biegać jak oszalały po całym domu. Wtedy już byłam pewna, że nic mu nie jest.

***

Już miałam kłaść się spać, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Wiedziałam, że mama śpi już od dawna (ma następnego dnia poranną zmianę), a na tatę nie ma co liczyć, więc zwlekłam się z łóżka i poczłapałam do drzwi wejściowych. Przekreciłam zamek i... nikt za nimi nie stał. Westchnęłam. "Dzieci z sasiedztwa znów robią sobie żarty..."
Już miałam zamykać drzwi, kiedy mój wzrok padł na małą kopertę leżącą na wycieraczce. Podniosłam ją.
Zwykła, biała koperta zaadresowana ładnym, starannym pismem.
Otworzyłam ją i wyciągnęłam małą, złożoną na cztery części kartkę zapisaną tym samym starannym pismem.
Zaczęłam czytać...

Widziałem, że szukałaś czegoś z "panem Janem". Uważam, że nie jest to odpowiednie towarzystwo dla Ciebie. Bądź ostrożna! Znam się trochę na facetach. Wiem, że lepiej by Ci było ze mną. Nie kombinuj ze starszymi, Piękna Nino!
Całuję
K.
__________________________________________
Brak weny ;<
Niezadowolenie ;<
Mam nadzieję, że chociaż Wam się podoba.
Dedykowane... wszystkim czytającym
Wasza (pozbawiona weny) Cupcake.

wtorek, 29 stycznia 2013

Obiecane opowiadanko specjalne

Dedykuję te oto opowiadanie przede wszystkim Emilii, dzięki której mój tekst nabiera trochę humanistycznego charakterku, za to, że jest, że zawsze chętnie mi pomaga (choć ja na jej miejscu miałabym mnie dość), że odpowiada na moje wszelkie pytania, pomaga mi ogarnąć samą siebie, robi mi psychoanalizy (huehue...), czyta co raz to nowe rozdziały i powtarza co jest do poprawki. DZIĘKUJĘ CI! ;******
/no i Tobie życzę weny, żeby Twoja historia, jeszcze kształtująca się w głowie i wordzie kiedyś trafiła na bloga ;****** /
Dziękuję też i dedykuję te opowiadanie wszystkim, którzy mnie wspierają, czy to komentując pod postami (Wiktoria <3 Hermiona <3 Ginny <3)  czy obserwując (w sumie te same osoby...) czy w rozmowach (na gg, na fejsie, na żywo...). Bez Was ten blog zmarłby śmiercią naturalną jeszcze zanim w jakikolwiek sposób zaczęła rozwijać się historia Melki, Niny i Melissy (ta ostatnia jest przeze mnie ostro zaniedbywana, niestety...). Dzięki Wam wieeeelkie ;****
Komu by tu jeszcze posłodzić...
Wszystkim innym czytającym, którzy nie chcą się ujawniać. Dzięki, że w ogóle wchodzicie, czytacie... Fajnie by było, gdybyście coś po sobie zostawili... Ale mimo wszystko, to opowiadanie jest dedykowane również dla Was! ;***
A teraz już życzę miłej lektury... ;>
_____________________________________
Wy nie wiecie jak to jest! Nie zrozumiecie mnie nigdy! Nie macie pojęcia co czuję!

***

Brunetka męczyła się z zapięciem od roweru. Nie dość, że za późno wyjechała z domu, ten cholerny zamek musiał się popsuć. Westchnęła.
"Ostatnia próba - postanowiła. - Jeśli się nie uda zostawię rower swojemu losowi... Oby nikomu nie wpadł w oko...!"
Coś przeskoczyło i rower był przypięty do stojaka. Nareszcie.
Dziewczyna zerknęła na zegarek. Minuta do dzwonka... A jeszcze przecież musi zostawić kurtkę w szatni, bo Lodzia* ją wygoni z sali!
Jeszcze raz sprawdziła zapięcie w rowerze po czym ruszyła biegiem przez frontowe drzwi, długi korytarz i wąskie schody do szatni. Woźna już miała zamknąć szatnię klasy I A, kiedy dotarła do niej brunetka.
- Dzień dobry, pani Władziu...
- Dzień dobry, skarbeczku... Właśnie zamykałam. Leć szybciutko z tą kurteczką...
Licealistka błyskawicznie zarzuciła kurtkę na pierwszy wolny wieszak i, mrucząc podziękowanie dla woźnej, pobiegła na lekcje.

***

Czujesz to co ja? Powiedz! Chcę wiedzieć! Najgorsza prawda lepsza od najlepszego kłamstwa...

***

Do sali wpadła prawie pięć minut po dzwonku. Lodzia nie tolerowała spóźnień.
- Szafrańska, spóźnienie. Proszę pod tablicę.
Brunetka poprawiła torbę i, bardzo niechętnie, podeszła w znienawidzone miejsce pod tablicą. Jej męki się zaczęły. Ten dzień będzie jednym z najgorszych dni jej dotychczasowego życia. Tego była pewna. Żaden dzień zaczynający się pytaniem z fizyki nie mógł być dobry.
Lodzia zasypywała ją gradem podchwytliwych pytań. Gdyby nie kujony z pierwszej ławki, które się nad nią zlitowały, byłaby to totalna porażka.
- Dobrze. Siadaj. Trója z ogonem.
Dziewczyna westchnęła z ulgą. Rzadko pytanie z fizyki kończyło się pozytywną ocena. Przecisnęła się do ostatniej ławki, by usiąść wśród grupy znajomych: Karola, Helki, Arka, Domi i Pitera.

***

Wykrzycz mi to w twarz! Co mówisz? Nie słyszę! Mów głośniej, tchórzu!

***

Brunetka odrzuciła piłkę przyjaciółce.
- Julka, coś się dzieje? Jesteś ostatnio jakaś dziwna, nieobecna. - Domi przystanęła, kozłując. - Jak nie ty! No i jeszcze zaczęłaś kumplować się z kujonami... Martwimy się o ciebie.
Brunetka nic nie odpowiedziała, przewróciła oczami i szybkim, nieoczekiwanym zrywem wyrwała piłkę blondynce.
Nie lubiła rozmawiać o problemach. Nigdy. Z nikim.
Od dziecka była uczona samodzielności i tego, że nikomu nie można ufać, a świat to jedno wielkie bagno, więc trzeba robić wszystko żeby nie zatonąć.
Pamiętała aż za dobrze, gdy kiedyś na zawodach, jeszcze w podstawówce przewróciła się tuż przed metą i, jak to dzieciak, pozwoliła sobie na płacz. Miała całe kolano we krwi. Upadła akurat na wystający z ziemi kawałek chropowatego kamienia. Nie czuła nogi. Próbowała znaleźć wzrokiem rodziców w tłumie kibiców. Udało jej się. Jednak ich twarze miały surowy wygląd, a ojciec zdawał się pokazywać, żeby biegła dalej. Zapłakana i zakrwawiona przecięła wstęgę mety jako pierwsza. Słowa rodziców po tych zawodach wryły się w jej pamięć aż zbyt dobrze: "Jesteś beznadziejna. Przez kamyczek straciłaś szanse bycia rekordzistką miasta". I ten cios w policzek...
Zamrugała powiekami, by odpędzić wspomnienie i pozbyć się napływających do oczu łez.
- Julka! Podaj! - usłyszała gdzieś z boku. Niechętnie odrzuciła piłkę w stronę głosu. Nie lubiła gier zespołowych właśnie przez te ciągłe "podaj! podaj!".

***

Więc uważasz, że nie jestem ciebie warta? Czego mi brakuje, co? ZADAŁAM PYTANIE!

***

Po lekcjach wyszła ze szkoły wraz z Arkiem. Wysoki szatyn o figlarnych zielonych oczach wyraźnie był nią zainteresowany. Jednak dziewczyna miała wiele innych spraw na głowie. Poza tym - nie wiedziała, jak ma się zachować... A nie lubiła tracić panowania nad sytuacją. Wiedziała, że może się wtedy stać agresywna, a kumplowi nie chciała zrobić nic złego.
- Ej... Szafi? Może byśmy gdzieś poszli...? Razem...? We hm... dwoje? - wydusił chłopak, kiedy Julia próbowała rozprawić się z zapięciem roweru.
"Przeklęte zapięcie! Trzeba mi było zostawić je otwarte. Nikt by mi raczej nie ukradł roweru..." - pomyślała, szarpiąc kluczykiem.
- Szafi? Słuchasz mnie?
- Jasne... - mruknęła niewyraźnie, wciąż siłując się z zapięciem.
Szatyn zauważył, że nie pogada sobie z kumpelą, więc klepnął ją po ramieniu i odszedł.
- Arek, mógłbyś... - brunetka wstała w pewnym momencie chcąc poprosić o pomoc, jednak wokół niej nie było nikogo. "Jak zwykle sama" - przeszło jej przez myśl. Pojedyncza łza zaczęła płynąć po jej policzku. Starła ją ze złością i wróciła do popsutego zapięcia.

***

I ty uważasz, że możesz oceniać ludzi? Dzielić ich na lepszych i gorszych? Co ty, za Boga się uważasz?!

***

Po drodze do domu zajechała do Darka, jednego z kujonów. Przywitała się z rudzielcem i zniknęła w otchłani jego domu.

***

Gdzie ty masz oczy człowieku? Nie widzisz mnie? Ty nic nie widzisz poza czubkiem swojego nosa!

***

Do domu wróciła bardzo późno. Mimo to nikogo nadal tam nie było. Pusty, zimny dom. Pełen niepotrzebnych ozdobników i drogich drobiazgów.
Nienawidziła tego budynku. Zawsze gdy tu wchodziła miała ochotę roztrzaskać wszystko. Od mega drogiego dywaniku, leżącego pod szklanym stolikiem po ściany, podłogi i sufity wyłożone drogimi panelami, malowane drogimi farbami i obklejone drogimi tapetami. Czuła się tu jak w klatce. Co innego było u Darka, ale to wolała przemilczeć. Dostała czego potrzebowała i więcej kontaktu z nim nie potrzebuje.
Przez hall wyłożony białym puchatym dywanem specjalnie przeszła w zabłoconych adidasach. Dodatkowo zamiast zostawić rower na zewnątrz weszła z nim do środka. Uwielbiała irytować rodziców. Była to jej ulubiona rozrywka.
Gdy już porządnie wybrudziła ulubiony dywan matki, zrzuciła adidasy na bok. Rower zostawiła w przejściu.
Na skarpetkach ruszyła do siebie do pokoju. Zamknęła drzwi na klucz,  otworzyła plecak i wyciągnęła paczuszkę od Darka. Nareszcie.

***

Myślisz, że można mnie przekupić? Idiota.

***

Kiedy rodzice wpadli do sypialni dziewczyny nie było tam czym oddychać. Brunetka, której po czole spływały strużki potu, była bledsza od ściany. Jej oczy krążyły wokół, ale nic nie widziały, przechodziły przez przedmioty jak laser.
- Julio! Co to ma znaczyć?

***

Darek, chciałeś mnie zabić. Dziękuję ci. Było miło, ale teraz to ty pożałujesz. To ty zgniniesz. Kto pod kim dołki kopie...
Żegnaj, Dareczku.

***

Kiedy wypuścili ją ze szpitala postanowiła rozprawić się z Darkiem. To, co jej podał było bardzo niebezpieczną na dodatek dziwną mieszanką ziół z amfetaminą. A przynajmniej tak twierdzili lekarze. "Dobrze, że skończyło się tylko tak" - cieszyła się Julia. Postanowiła, że nigdy nie da się omamić już żadnemu dilerowi.
Jednak rodzice nie chcieli wypuścić jej z domu. Byli pewni, że znów chciała kupić działkę.
- Wy nie wiecie jak to jest! Nie zrozumiecie mnie nigdy! Nie macie pojęcia co czuję!
Kiedy udało jej się uciec, błyskawicznie dotarła do domu Darka. Rozmowa z nim była jednym długim oskarżającym monologiem Julii.
- Czujesz to co ja? Powiedz! Chcę wiedzieć! Najgorsza prawda lepsza od najlepszego kłamstwa... Wykrzycz mi to w twarz! Co mówisz? Nie słyszę! Mów głośniej, tchórzu! Więc uważasz, że nie jestem ciebie warta? Czego mi brakuje, co? ZADAŁAM PYTANIE! I ty uważasz, że możesz oceniać ludzi? Dzielić ich na lepszych i gorszych? Co ty, za Boga się uważasz?! Gdzie ty masz oczy człowieku? Nie widzisz mnie? Ty nic nie widzisz poza czubkiem swojego nosa! Myślisz, że można mnie przekupić? Idiota.
- Julka... To nie tak... Chociaż? Masz rację. Jestem idiotą...
- Darek, chciałeś mnie zabić. Dziękuję ci. Było miło, ale teraz to ty pożałujesz. To ty zgniniesz. Kto pod kim dołki kopie... Żegnaj, Dareczku.
Następnego dnia chłopaka znaleziono w jego własnej sypialni, na jego własnym łóżku, ze strzykawką w ręce, martwego.

***

Szatyn objął szlochającą dziewczynę.
"Jak można płakać na pogrzebie kogoś, kto chciał cię zabić?" - zastanawiał się.
Julia wyplątała się z jego objęć. Nie dość, że się rozryczała, to jeszcze teraz ma się wypłakiwać na ramieniu Arka? Przecież to nie jest zachowanie Szafrańskich.
Chłopak popatrzył na nią urażony, na co ona odwróciła wzrok. Jego zielone oczy dziwnie na nią wpływały. Nie wiedziała, co mówi, co robi i co chwilę zdarzało jej się wygłupić.
- Julka! Nie spóźniłam się? - nagle zza Arka wyskoczyła wesoła blondynka.
- Nie. Jeszcze nie zakopali tru-u-u... - potok łez z podwojoną siłą popłynął przez policzki brunetki.
Domi stanęła przy przyjaciołach i rozglądała się wokoło. Niedaleko stali Piter z Helką i Karol. Machnęła na nich.

***

Zapięcie od roweru działało bezbłędnie. Brunetka szybko przypięła swój pojazd do stojaka i ruszyła biegiem przez szkołę do szatni. Miła pani Władzia już miała zamykać, jednak poczekała aż licealistka zawiesi swoją kurtkę. "Znów nie wyjechałam na czas... - pomyślała. - Ale jeszcze dzwonka nie było!" Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie w biegu. W momencie gdy zadzwonił dzwonek Julia dotarła pod salę.
- No, Szafi! Punktualnie w końcu - mruknął do niej Arek, przyciągając ją do siebie.
- Staram się, tygrysku - odparła wtulając się w niego.
- Umówicie się po lekcjach - prychnęła na nich idąca z kluczem Lodzia.
- Nie ma sprawy, psze pani - odparł chłopak, wypuszczając brunetkę z objęć.

***

Wszyscy przyjaciele leżeli na bardzo drogim dywanie, u Julii w pokoju, jedząc chipsy i oglądając głupie seriale w telewizji. Nagle wstała Domi a zaraz za nią reszta przyjaciół tak, że na podłodze została tylko brunetka.
- Julka... Fajnie, że wróciłaś w końcu... I że wszystko jest tak jak powinno...
Dziewczynie łzy napłynęły do oczu. "Wszystko jest tak jak powinno"... Nie do końca, ale wszystko było na jak najlepszej drodze.
____________________________________
I jak wrażenia?
Jeszcze raz dziękuję wszystkim, za to że mnie wspierają ;****
Miłego dnia... Moich Urodzin :D
Wasza Cupcake. - jubilatka ;>

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Pod jemiołą. Rozdział II

Blondyna skrzywiła się i odjechała z piskiem opon. Co jak co, ale autko miała fajne.
- Ninaaaa? - usłyszałam z głębi domu. - Możesz tu przyjść?
Z westchnieniem podniosłam się z leżaka. Szczęściarz, gdy tylko wstałam, wybiegł zza krzaka cały w ziemi, radośnie merdając kikutem, który kiedyś był jego ogonkiem. Pogłaskałam nicponia i próbowałam otrzepać jego biszkoptową sierść z brudu, kiedy głos z domu znów zawołał "Ninaaa!", coraz bardziej zdenerwowany.
- No, Szczęściarz, musisz trochę poczekać... - mruknęłam, porozumiewawczo kiwając głową w stronę domu.
Nie wiem, czy psiak mnie zrozumiał, ale podskoczył do mojego policzka, liznął mnie i, merdając kikutem, ruszył w krzaki.
Niechętnie ruszyłam w stronę, z której dobiegał mnie głos. Zastanawiałam się, co też moja mamusia może ode mnie chcieć. Zazwyczaj, kiedy pozwalała mi wylegiwać się na leżaku nie zakłócała mi spokoju. Wiedziała, że strasznie tego nie lubię...
- No co tam, mamuś? - krzyknęłam tuż za progiem.
- Ta kobieta... - mama nie powiedziała nic więcej, tylko rzuciła w moją stronę swój ulubiony magazyn z ploteczkami o gwaizdach.
Gazeta upadła tuż obok mnie. "Uch, mamo, wiesz, że słaba ze mnie łapaczka..." - pomyślałam, podnosząc szmatławca z podłogi. Na okładce widniała wytapetowana blondi wyglądająca przez okno srebrnego porshe. Zdusiłam przekleństwo. Napis pod zdjęciem brzmiał: "Nowa miss? więcej na str. 50" Przewróciłam oczami (zawsze denerwowały mnie mało wyjaśniające nagłówki, które tylko miały przyciągnąć uwagę) i szybko przerzuciłam strony. Artykuł o nieznajomej, która dziś zaszczyciła mnie rozmową był nudny jak flaki z olejem i długi jak reklamowany papier toaletowy. "Czyżby konkurencja dla Anji Rubik? Specjaliści wynaleźli młodą Sylwię Dziób w jednym z centrów handlowych Warszawy. Od razu zauważyli jej potencjał..." Zrobiło mi się niedobrze. Jeżeli teraz wytapetowane, wychudzone, chwiejące się na obcasach blondyny w porshe były ideałem piękna to mogę pożegnać się z komplementami.
- Wiesz co to znaczy? - zapiszczała mama głośniej niż nastolatki, gdy zobaczą swojego idola.
- Nie - odparłam, czytając głupoty o "przepięknej blondynce o idealnej figurze".
- Poznałaś przyszłą gwiaaaaazdę! - zachichotała.
Zaczęłam się zastanawiać, kto tu jest nastolatką a kto matką...
- Tak w ogóle... o czym rozmawiałyście? - zapytała mama z zaciekawieniem.
- Pytała o dom 69. Że niby mieszka tam jakiś jej kolega... A przecież ostatnio mieszkała tam milutka staruszka, 13 lat temu... - mruknęłam, odkładając gazetę.
- No taaak - pokiwała głową.
- Zostawiła mi wizytówkę z numerem, jeśliby ktoś się tam wprowadził - powiedziałam ciszej, w nadziei że nie usłyszy...
- MASZ JEJ NUMER?! - pisnęła radośnie. - I mówisz o tym dopiero teraz? No wiesz ty co? Przed własną mamą chciałaś to zataić?
Przewróciłam oczami. "Gorzej niż z JB-maniaczką" - pomyślałam i zachichotałam na samo wspomnienie mojego pokoju sprzed niespełna pół roku.
- No co się śmiejesz, rabaczku? Mamusia też może mieć swoje idolki, prawda?
Uśmiechnęłam się do mamy, powstrzymując napływające wspomnienia oplakatowanego Biebsem pokoju.
- Ja się nie śmiałam z twojej fascynacji tym... No... Jak mu tam... Jasminem Bimberem?
Wybuchnęłam niekontrolowanym śmiechem. Mamie strasznie nie podobała się moja JB-mania. Słuchałam go na okrągło, opuściłam się w szkole (nocami przesiadywałam na tweeterze, próbując zagadać mojego idola...), nawet nie spotykałam się z przyjaciółkami (słuchały czego innego)... no i kupowałam tylko gazety, w których było coś o Justinie lub był plakat z nim.
Teraz sama nie mogę uwierzyć w moją, dzięki Bogu, zakończoną już manię. Chociaż... Nadal pozostał mi pęd do słodkich chłopaków. Teraz głównie wyśmiewane boys bandy (BTR, 1D...), co mamie też niezbyt pasuje, ale chyba woli wycie kilku nastoletnich chłopaków niż jednego no cóż, z nie do końca męskim głosem.
- Mamo... - wydusiłam, wciąż się śmiejąc. - Skończmy... tą dyskusję, ona... hahaha... do niczego nie... prowadzi!
Mama wolno pokiwała głową, patrząc na mnie dziwnie.
- Mogę... haha... Wrócić na leeeżak? Hahaha...
- Jasne.
Powoli (nie mogłam wciąż powstrzymać śmiechu) założyłam buty i wyszłam.
Wieczorne powietrze nie miało w sobie już prawie nic z całodziennego upału. Cicho cykały świerszcze i wiał leciutki, dość ciepły wiatr. Drzewa wokół mnie poruszały się jakby w dziwnym tańcu.
- Hauuu! - mała, zalepiona błotem kulka potoczyła się obok mnie, podskakując radośnie.
- Oj, Szczęściarz, kąpiel dziś cię nie ominie - psiak przestał podskakiwać i cicho zaskomlał. Bardzo nie lubił kąpieli i na samo to słowo źle reagował.
Pogłaskałam nicponia i już miałam go wziąć na ręce, żeby zabrać go do łazienki, kiedy maluszek wyrwał się i pobiegł wprost na ulicę. Dziękowałam losowi, że mieszkam na tak spokojnej ulicy i ruszyłam w pogoń za Szczęściarzem. Mały spryciarz przeskoczył przez furtkę i już był na drodze. Nim do niego dobiegłam, oślepiły mnie reflektory samochodu. Akurat teraz, kiedy mój pies wybiegł na ulicę. Przeklnęłam. Nic nie widziałam. Usłyszałam tylko pisk hamulców i psiaka. Potem wszystko ucichło.
____________________________________
Dzięki za wszystkie miłe komentarze. To dzięki nim chce się pisać ;D
Rozdział dedykowany wszystkim czytającym :3
Mam nadzieję, że się podobał...
Przepraszam, za kilkudniową nieobecność - małe problemy hm... natury technicznej :p
W każdym razie, miłych przed- i po ferii :p
No i pięknej zimy wszystkim feriowiczom *.*
Wasza Cupcake.

wtorek, 22 stycznia 2013

Pod jemiołą. Rozdział I

Pod dom naprzeciwko podjechało srebrne porshe. "Autko niczego sobie..." - pomyślałam. - "Ciekawe jak kierowca..." Cicho zachichotałam.
Niestety czekał mnie zawód - z samochodu wysiadła wysoka, chuda blondyna w za krótkiej kiecce, na niebotycznie wysokich obcasach. "Skądś ją znam... Gdzie ja ją widziałam?!"
Kobieta chwiejnym krokiem ruszyła w stronę metalowej furtki.
Naprzeciwko nikt nie mieszkał od wieków. Pamiętam, że jak byłam jeszcze mała mieszkała tam przemiła starsza pani, która rozdawała dzieciom pyszne, cieplutkie ciasteczka domowej roboty. Kiedy zaczęłam chodzić do przedszkola starsza pani zniknęła z mojego życia. Nie wiem co się z nią stało... Zmarła, czy przeprowadziła się by rozdawać swoje ciastka gdzieś indziej? Nigdy się tego nie dowiem. Po prostu znikła. Od tamtego czasu dom stał pusty. Zawładnęła nim natura. Popadł w ruinę. Okna wybite przez gałęzie najbliższych drzewek. Bluszcz obrastający cały budynek. Walący się dach. Ogród zmienił się w dżunglę...
- Przepraszam panią... - z zamyślenia wyrawał mnie natrętny głos.
Niechętnie podniosłam głowę, przez co zobaczyłam twarz chudej blondyny. Miała na twarzy tony tapety, rzęsy uginały się pod ciężarem tuszu.
- Ym... Słucham?
- Szukam numeru 69 na tej ulicy... Mieszka tam mój przyjaciel... A przynajmniej takie mam informacje...
- 69? To ten naprzeciwko. - odparłam szybko, zastanawiając się, skąd znam tę wymalowaną twarz. - Ale tam nikt nie mieszka od jakiś 13 lat...
Blondyna dziwnie się skrzywiła i mruknęła coś pod nosem.
- Wiesz co? Zostawię ci mój numer. Jakbyś jednak zobaczyła, że ktoś tu się wprowadza czy coś, dzwoń szybko do mnie. Okej? - powiedziała kobieta wywracając oczami co drugie słowo.
- Dobrze, proszę pani... - wzięłam do ręki karteczkę od blondi.
- Dzięki. Do zobaczenia...
I już, chwiejąc się na wysokich obcasach, ruszyła w stronę porshe.
"Chciałabym mieć takie autko..." - westchnęłam.
Poprawiłam się na leżaku. Zawsze lubiłam obserwować ludzi... Jednak nasza ulica była nazbyt spokojna i cicha. Działo się bardzo mało i rzadko.
Tamten dzień był jednak niezwykły. Kilka razy przejeżdżały naszą ulicą nieznane mi samochody, zwalniając w okolicy domu numer 69.
"Ciekawe..." - pomyślałam.
Kiedy zaczęło się ściemniać znów podjechało srebrne porshe z blondynką za kierownicą. Otworzyła okno.
- I jak tam?
- Nic. - odparłam zwięźle.
_________________________________
Jak tam mijają ferie? ;>
Jak przed- i poferie? :D
Mam nadzieję, że się podoba.
Czekam na (mam nadzieję pozytywne) komentarze ;>
Pozdrowionka, Misiaczki ;**
Wasza Cupcake.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Pod jemiołą. Prolog.

W końcu nasze oczy się spotkały. Marzyłam o tym od roku...
To nic, że zimno, że przemokłam do suchej nitki, spędzając cały dzień w lesie (romantycznym, zimowym, zaśnieżonym lesie...) szukając małego Szczęściarza. Za to z przemiłym sąsiadem...
- Chyba go nie znajdziemy - mruknął cicho, patrząc mi głęboko w oczy, hipnotyzując mnie swoimi hebanowymi. - Jutro rozwieszę plakaty, nie smuć się, Nina...
"Smutek dawno już ode mnie uciekł - chciałam powiedzieć - wtedy gdy spotkałam ciebie... "-Ale się powstrzymałam. Zamiast tego powstrzymałam cisnącego się na usta banana i pozwoliłam sobie tylko na delikatny uśmieszek.
- Dzięki za pomoc, Kacper...
Jego oczy pięknie kontrastowały swą tajemniczą czernią z białą poświatą śniegu...
Tak. Zakochałam się. Ale nie w tej chwili... Teraz czułam już bezgraniczną miłość do nieosiągalnego sąsiada...
__________________________________
Piszcie jeśli macie dla mnie jakieś rady. Będę meeeeega wdzięczna ;**
Miłego dalszego czytania ;>
Wasza Cupcake.