Opadłam na kolana. Szorstki asfalt poranił mi je. Ale nie czułam bólu. Mrugałam powiekami, by odpędzić mroczki wywołane reflektorami. Między ciemnymi plamami zaczęłam dostrzegać okolicę. Pustą ulicę. Żywopłot domu naprzeciwko. I błyszczący metalicznie numer 69 zawieszony na ścianie budynku. Mimo, że dom był zapuszczony numerek zawsze był wyraźnie widoczny i wypolerowany. Pamiętam, że kiedyś mnie to bardzo interesowało...
- Nic się pani nie stało? - wyrwał mnie z zamyślenia męski głos.
- Nie nic, dziękuję - odparłam cicho nie patrząc w górę i powoli podnosząc się z asfaltu.
Poczułam ręce po bokach. Silny uścisk pomógł mi powrócić do pozycji stojącej.
- Dziękuję panu bardzo - szepnęłam. Postanowiłam patrzeć w twarz swojego rozmówcy. Podniosłam wzrok.
Spotkałam spojrzenie dwóch zatroskanych zielonych, jak łąka po wiosennym deszczu, tęczówek.
- Napewno wszystko w porządku? - mężczyzna przyglądał się mi z uwagą. Kiedy kiwnęłam głową zapytał: - To pani psiak wbiegł mi pod koła?
- Kurcze... Strasznie pana za niego przepraszam...
- Nie ma za co! - mężczyzna obrzucił mnie dziwnym wzrokiem. - Nie o to mi chodziło. Chciałem pani pomóc go szukać...
- Szukać? - powtórzyłam głupio.
- Tak. Wiem, w którą stronę pobiegł.
- On żyje... - szepnęłam. - Będę panu bardzo wdzięczna!
***
Ze Szczęściarzem pod pachą wróciłam do domu.
- Co się stało? - zapytała mama, gdy tylko przekroczyłam próg. - I czemu nasz potworek jest taki brudny? I... Boże, Ninka, czy to krew?
- Potem powiem - burknęłam. - Idę z nim do łazienki.
Psiak od razu zaczął się wyrywać, gdy zbliżyłam się z nim na rękach do drzwi, za którymi kryło się jego znienawidzone miejsce.
Wsadziłam Szczęściarza do wanny i odkręciłam wodę. Kiedy strumyczki zaczęły dopływać do łapek czworonoga, ten zaczął się cofać.
- Pomogę ci - usłyszałam za sobą głos mamy. - Nie wzięłaś szamponu.
Druga para rąk przytrzymała psiaka, żeby nie uciekł, kiedy delikatnie spłukiwałam jego skołtunioną sierść.
Szamponu wolałam jeszcze nie używać, maluszek mógł mieć jakieś rany - wraz z panem Janem znaleźliśmy go zaplątanego w dziką różę.
Powoli oglądałam ciało pieska, co jakiś czas wyciągając pojedyncze kolce. Zajęło to wieki.
Poważnych obrażeń nie było. Samochód pana Jana nie poturbował zwierzaka, bo ten zdążył przebiec przez ulicę.
W ogrodzie domu numer 69 znalazł schronienie, jednak dość nietrafnie patrząc na jego ranki.
Opowiedziałan wszystko mamie, gdy zaczęłam kąpać Szczęściarza (już z szamponem).
- Może pannie Dziób o niego chodziło... - jedyny komentarz co do całej sytuacji.
- Podasz ręcznik? - zakończyłam dyskusję o "nowej miss".
Uradowany z końca kąpieli pies zaczął biegać jak oszalały po całym domu. Wtedy już byłam pewna, że nic mu nie jest.
***
Już miałam kłaść się spać, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Wiedziałam, że mama śpi już od dawna (ma następnego dnia poranną zmianę), a na tatę nie ma co liczyć, więc zwlekłam się z łóżka i poczłapałam do drzwi wejściowych. Przekreciłam zamek i... nikt za nimi nie stał. Westchnęłam. "Dzieci z sasiedztwa znów robią sobie żarty..."
Już miałam zamykać drzwi, kiedy mój wzrok padł na małą kopertę leżącą na wycieraczce. Podniosłam ją.
Zwykła, biała koperta zaadresowana ładnym, starannym pismem.
Otworzyłam ją i wyciągnęłam małą, złożoną na cztery części kartkę zapisaną tym samym starannym pismem.
Zaczęłam czytać...
Widziałem, że szukałaś czegoś z "panem Janem". Uważam, że nie jest to odpowiednie towarzystwo dla Ciebie. Bądź ostrożna! Znam się trochę na facetach. Wiem, że lepiej by Ci było ze mną. Nie kombinuj ze starszymi, Piękna Nino!
Całuję
K.
__________________________________________
Brak weny ;<
Niezadowolenie ;<
Mam nadzieję, że chociaż Wam się podoba.
Dedykowane... wszystkim czytającym
Wasza (pozbawiona weny) Cupcake.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pod jemiołą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pod jemiołą. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 28 lutego 2013
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Pod jemiołą. Rozdział II
Blondyna skrzywiła się i odjechała z piskiem opon. Co jak co, ale autko miała fajne.
- Ninaaaa? - usłyszałam z głębi domu. - Możesz tu przyjść?
Z westchnieniem podniosłam się z leżaka. Szczęściarz, gdy tylko wstałam, wybiegł zza krzaka cały w ziemi, radośnie merdając kikutem, który kiedyś był jego ogonkiem. Pogłaskałam nicponia i próbowałam otrzepać jego biszkoptową sierść z brudu, kiedy głos z domu znów zawołał "Ninaaa!", coraz bardziej zdenerwowany.
- No, Szczęściarz, musisz trochę poczekać... - mruknęłam, porozumiewawczo kiwając głową w stronę domu.
Nie wiem, czy psiak mnie zrozumiał, ale podskoczył do mojego policzka, liznął mnie i, merdając kikutem, ruszył w krzaki.
Niechętnie ruszyłam w stronę, z której dobiegał mnie głos. Zastanawiałam się, co też moja mamusia może ode mnie chcieć. Zazwyczaj, kiedy pozwalała mi wylegiwać się na leżaku nie zakłócała mi spokoju. Wiedziała, że strasznie tego nie lubię...
- No co tam, mamuś? - krzyknęłam tuż za progiem.
- Ta kobieta... - mama nie powiedziała nic więcej, tylko rzuciła w moją stronę swój ulubiony magazyn z ploteczkami o gwaizdach.
Gazeta upadła tuż obok mnie. "Uch, mamo, wiesz, że słaba ze mnie łapaczka..." - pomyślałam, podnosząc szmatławca z podłogi. Na okładce widniała wytapetowana blondi wyglądająca przez okno srebrnego porshe. Zdusiłam przekleństwo. Napis pod zdjęciem brzmiał: "Nowa miss? więcej na str. 50" Przewróciłam oczami (zawsze denerwowały mnie mało wyjaśniające nagłówki, które tylko miały przyciągnąć uwagę) i szybko przerzuciłam strony. Artykuł o nieznajomej, która dziś zaszczyciła mnie rozmową był nudny jak flaki z olejem i długi jak reklamowany papier toaletowy. "Czyżby konkurencja dla Anji Rubik? Specjaliści wynaleźli młodą Sylwię Dziób w jednym z centrów handlowych Warszawy. Od razu zauważyli jej potencjał..." Zrobiło mi się niedobrze. Jeżeli teraz wytapetowane, wychudzone, chwiejące się na obcasach blondyny w porshe były ideałem piękna to mogę pożegnać się z komplementami.
- Wiesz co to znaczy? - zapiszczała mama głośniej niż nastolatki, gdy zobaczą swojego idola.
- Nie - odparłam, czytając głupoty o "przepięknej blondynce o idealnej figurze".
- Poznałaś przyszłą gwiaaaaazdę! - zachichotała.
Zaczęłam się zastanawiać, kto tu jest nastolatką a kto matką...
- Tak w ogóle... o czym rozmawiałyście? - zapytała mama z zaciekawieniem.
- Pytała o dom 69. Że niby mieszka tam jakiś jej kolega... A przecież ostatnio mieszkała tam milutka staruszka, 13 lat temu... - mruknęłam, odkładając gazetę.
- No taaak - pokiwała głową.
- Zostawiła mi wizytówkę z numerem, jeśliby ktoś się tam wprowadził - powiedziałam ciszej, w nadziei że nie usłyszy...
- MASZ JEJ NUMER?! - pisnęła radośnie. - I mówisz o tym dopiero teraz? No wiesz ty co? Przed własną mamą chciałaś to zataić?
Przewróciłam oczami. "Gorzej niż z JB-maniaczką" - pomyślałam i zachichotałam na samo wspomnienie mojego pokoju sprzed niespełna pół roku.
- No co się śmiejesz, rabaczku? Mamusia też może mieć swoje idolki, prawda?
Uśmiechnęłam się do mamy, powstrzymując napływające wspomnienia oplakatowanego Biebsem pokoju.
- Ja się nie śmiałam z twojej fascynacji tym... No... Jak mu tam... Jasminem Bimberem?
Wybuchnęłam niekontrolowanym śmiechem. Mamie strasznie nie podobała się moja JB-mania. Słuchałam go na okrągło, opuściłam się w szkole (nocami przesiadywałam na tweeterze, próbując zagadać mojego idola...), nawet nie spotykałam się z przyjaciółkami (słuchały czego innego)... no i kupowałam tylko gazety, w których było coś o Justinie lub był plakat z nim.
Teraz sama nie mogę uwierzyć w moją, dzięki Bogu, zakończoną już manię. Chociaż... Nadal pozostał mi pęd do słodkich chłopaków. Teraz głównie wyśmiewane boys bandy (BTR, 1D...), co mamie też niezbyt pasuje, ale chyba woli wycie kilku nastoletnich chłopaków niż jednego no cóż, z nie do końca męskim głosem.
- Mamo... - wydusiłam, wciąż się śmiejąc. - Skończmy... tą dyskusję, ona... hahaha... do niczego nie... prowadzi!
Mama wolno pokiwała głową, patrząc na mnie dziwnie.
- Mogę... haha... Wrócić na leeeżak? Hahaha...
- Jasne.
Powoli (nie mogłam wciąż powstrzymać śmiechu) założyłam buty i wyszłam.
Wieczorne powietrze nie miało w sobie już prawie nic z całodziennego upału. Cicho cykały świerszcze i wiał leciutki, dość ciepły wiatr. Drzewa wokół mnie poruszały się jakby w dziwnym tańcu.
- Hauuu! - mała, zalepiona błotem kulka potoczyła się obok mnie, podskakując radośnie.
- Oj, Szczęściarz, kąpiel dziś cię nie ominie - psiak przestał podskakiwać i cicho zaskomlał. Bardzo nie lubił kąpieli i na samo to słowo źle reagował.
Pogłaskałam nicponia i już miałam go wziąć na ręce, żeby zabrać go do łazienki, kiedy maluszek wyrwał się i pobiegł wprost na ulicę. Dziękowałam losowi, że mieszkam na tak spokojnej ulicy i ruszyłam w pogoń za Szczęściarzem. Mały spryciarz przeskoczył przez furtkę i już był na drodze. Nim do niego dobiegłam, oślepiły mnie reflektory samochodu. Akurat teraz, kiedy mój pies wybiegł na ulicę. Przeklnęłam. Nic nie widziałam. Usłyszałam tylko pisk hamulców i psiaka. Potem wszystko ucichło.
____________________________________
Dzięki za wszystkie miłe komentarze. To dzięki nim chce się pisać ;D
Rozdział dedykowany wszystkim czytającym :3
Mam nadzieję, że się podobał...
Przepraszam, za kilkudniową nieobecność - małe problemy hm... natury technicznej :p
W każdym razie, miłych przed- i po ferii :p
No i pięknej zimy wszystkim feriowiczom *.*
Wasza Cupcake.
- Ninaaaa? - usłyszałam z głębi domu. - Możesz tu przyjść?
Z westchnieniem podniosłam się z leżaka. Szczęściarz, gdy tylko wstałam, wybiegł zza krzaka cały w ziemi, radośnie merdając kikutem, który kiedyś był jego ogonkiem. Pogłaskałam nicponia i próbowałam otrzepać jego biszkoptową sierść z brudu, kiedy głos z domu znów zawołał "Ninaaa!", coraz bardziej zdenerwowany.
- No, Szczęściarz, musisz trochę poczekać... - mruknęłam, porozumiewawczo kiwając głową w stronę domu.
Nie wiem, czy psiak mnie zrozumiał, ale podskoczył do mojego policzka, liznął mnie i, merdając kikutem, ruszył w krzaki.
Niechętnie ruszyłam w stronę, z której dobiegał mnie głos. Zastanawiałam się, co też moja mamusia może ode mnie chcieć. Zazwyczaj, kiedy pozwalała mi wylegiwać się na leżaku nie zakłócała mi spokoju. Wiedziała, że strasznie tego nie lubię...
- No co tam, mamuś? - krzyknęłam tuż za progiem.
- Ta kobieta... - mama nie powiedziała nic więcej, tylko rzuciła w moją stronę swój ulubiony magazyn z ploteczkami o gwaizdach.
Gazeta upadła tuż obok mnie. "Uch, mamo, wiesz, że słaba ze mnie łapaczka..." - pomyślałam, podnosząc szmatławca z podłogi. Na okładce widniała wytapetowana blondi wyglądająca przez okno srebrnego porshe. Zdusiłam przekleństwo. Napis pod zdjęciem brzmiał: "Nowa miss? więcej na str. 50" Przewróciłam oczami (zawsze denerwowały mnie mało wyjaśniające nagłówki, które tylko miały przyciągnąć uwagę) i szybko przerzuciłam strony. Artykuł o nieznajomej, która dziś zaszczyciła mnie rozmową był nudny jak flaki z olejem i długi jak reklamowany papier toaletowy. "Czyżby konkurencja dla Anji Rubik? Specjaliści wynaleźli młodą Sylwię Dziób w jednym z centrów handlowych Warszawy. Od razu zauważyli jej potencjał..." Zrobiło mi się niedobrze. Jeżeli teraz wytapetowane, wychudzone, chwiejące się na obcasach blondyny w porshe były ideałem piękna to mogę pożegnać się z komplementami.
- Wiesz co to znaczy? - zapiszczała mama głośniej niż nastolatki, gdy zobaczą swojego idola.
- Nie - odparłam, czytając głupoty o "przepięknej blondynce o idealnej figurze".
- Poznałaś przyszłą gwiaaaaazdę! - zachichotała.
Zaczęłam się zastanawiać, kto tu jest nastolatką a kto matką...
- Tak w ogóle... o czym rozmawiałyście? - zapytała mama z zaciekawieniem.
- Pytała o dom 69. Że niby mieszka tam jakiś jej kolega... A przecież ostatnio mieszkała tam milutka staruszka, 13 lat temu... - mruknęłam, odkładając gazetę.
- No taaak - pokiwała głową.
- Zostawiła mi wizytówkę z numerem, jeśliby ktoś się tam wprowadził - powiedziałam ciszej, w nadziei że nie usłyszy...
- MASZ JEJ NUMER?! - pisnęła radośnie. - I mówisz o tym dopiero teraz? No wiesz ty co? Przed własną mamą chciałaś to zataić?
Przewróciłam oczami. "Gorzej niż z JB-maniaczką" - pomyślałam i zachichotałam na samo wspomnienie mojego pokoju sprzed niespełna pół roku.
- No co się śmiejesz, rabaczku? Mamusia też może mieć swoje idolki, prawda?
Uśmiechnęłam się do mamy, powstrzymując napływające wspomnienia oplakatowanego Biebsem pokoju.
- Ja się nie śmiałam z twojej fascynacji tym... No... Jak mu tam... Jasminem Bimberem?
Wybuchnęłam niekontrolowanym śmiechem. Mamie strasznie nie podobała się moja JB-mania. Słuchałam go na okrągło, opuściłam się w szkole (nocami przesiadywałam na tweeterze, próbując zagadać mojego idola...), nawet nie spotykałam się z przyjaciółkami (słuchały czego innego)... no i kupowałam tylko gazety, w których było coś o Justinie lub był plakat z nim.
Teraz sama nie mogę uwierzyć w moją, dzięki Bogu, zakończoną już manię. Chociaż... Nadal pozostał mi pęd do słodkich chłopaków. Teraz głównie wyśmiewane boys bandy (BTR, 1D...), co mamie też niezbyt pasuje, ale chyba woli wycie kilku nastoletnich chłopaków niż jednego no cóż, z nie do końca męskim głosem.
- Mamo... - wydusiłam, wciąż się śmiejąc. - Skończmy... tą dyskusję, ona... hahaha... do niczego nie... prowadzi!
Mama wolno pokiwała głową, patrząc na mnie dziwnie.
- Mogę... haha... Wrócić na leeeżak? Hahaha...
- Jasne.
Powoli (nie mogłam wciąż powstrzymać śmiechu) założyłam buty i wyszłam.
Wieczorne powietrze nie miało w sobie już prawie nic z całodziennego upału. Cicho cykały świerszcze i wiał leciutki, dość ciepły wiatr. Drzewa wokół mnie poruszały się jakby w dziwnym tańcu.
- Hauuu! - mała, zalepiona błotem kulka potoczyła się obok mnie, podskakując radośnie.
- Oj, Szczęściarz, kąpiel dziś cię nie ominie - psiak przestał podskakiwać i cicho zaskomlał. Bardzo nie lubił kąpieli i na samo to słowo źle reagował.
Pogłaskałam nicponia i już miałam go wziąć na ręce, żeby zabrać go do łazienki, kiedy maluszek wyrwał się i pobiegł wprost na ulicę. Dziękowałam losowi, że mieszkam na tak spokojnej ulicy i ruszyłam w pogoń za Szczęściarzem. Mały spryciarz przeskoczył przez furtkę i już był na drodze. Nim do niego dobiegłam, oślepiły mnie reflektory samochodu. Akurat teraz, kiedy mój pies wybiegł na ulicę. Przeklnęłam. Nic nie widziałam. Usłyszałam tylko pisk hamulców i psiaka. Potem wszystko ucichło.
____________________________________
Dzięki za wszystkie miłe komentarze. To dzięki nim chce się pisać ;D
Rozdział dedykowany wszystkim czytającym :3
Mam nadzieję, że się podobał...
Przepraszam, za kilkudniową nieobecność - małe problemy hm... natury technicznej :p
W każdym razie, miłych przed- i po ferii :p
No i pięknej zimy wszystkim feriowiczom *.*
Wasza Cupcake.
wtorek, 22 stycznia 2013
Pod jemiołą. Rozdział I
Pod dom naprzeciwko podjechało srebrne porshe. "Autko niczego sobie..." - pomyślałam. - "Ciekawe jak kierowca..." Cicho zachichotałam.
Niestety czekał mnie zawód - z samochodu wysiadła wysoka, chuda blondyna w za krótkiej kiecce, na niebotycznie wysokich obcasach. "Skądś ją znam... Gdzie ja ją widziałam?!"
Kobieta chwiejnym krokiem ruszyła w stronę metalowej furtki.
Naprzeciwko nikt nie mieszkał od wieków. Pamiętam, że jak byłam jeszcze mała mieszkała tam przemiła starsza pani, która rozdawała dzieciom pyszne, cieplutkie ciasteczka domowej roboty. Kiedy zaczęłam chodzić do przedszkola starsza pani zniknęła z mojego życia. Nie wiem co się z nią stało... Zmarła, czy przeprowadziła się by rozdawać swoje ciastka gdzieś indziej? Nigdy się tego nie dowiem. Po prostu znikła. Od tamtego czasu dom stał pusty. Zawładnęła nim natura. Popadł w ruinę. Okna wybite przez gałęzie najbliższych drzewek. Bluszcz obrastający cały budynek. Walący się dach. Ogród zmienił się w dżunglę...
- Przepraszam panią... - z zamyślenia wyrawał mnie natrętny głos.
Niechętnie podniosłam głowę, przez co zobaczyłam twarz chudej blondyny. Miała na twarzy tony tapety, rzęsy uginały się pod ciężarem tuszu.
- Ym... Słucham?
- Szukam numeru 69 na tej ulicy... Mieszka tam mój przyjaciel... A przynajmniej takie mam informacje...
- 69? To ten naprzeciwko. - odparłam szybko, zastanawiając się, skąd znam tę wymalowaną twarz. - Ale tam nikt nie mieszka od jakiś 13 lat...
Blondyna dziwnie się skrzywiła i mruknęła coś pod nosem.
- Wiesz co? Zostawię ci mój numer. Jakbyś jednak zobaczyła, że ktoś tu się wprowadza czy coś, dzwoń szybko do mnie. Okej? - powiedziała kobieta wywracając oczami co drugie słowo.
- Dobrze, proszę pani... - wzięłam do ręki karteczkę od blondi.
- Dzięki. Do zobaczenia...
I już, chwiejąc się na wysokich obcasach, ruszyła w stronę porshe.
"Chciałabym mieć takie autko..." - westchnęłam.
Poprawiłam się na leżaku. Zawsze lubiłam obserwować ludzi... Jednak nasza ulica była nazbyt spokojna i cicha. Działo się bardzo mało i rzadko.
Tamten dzień był jednak niezwykły. Kilka razy przejeżdżały naszą ulicą nieznane mi samochody, zwalniając w okolicy domu numer 69.
"Ciekawe..." - pomyślałam.
Kiedy zaczęło się ściemniać znów podjechało srebrne porshe z blondynką za kierownicą. Otworzyła okno.
- I jak tam?
- Nic. - odparłam zwięźle.
_________________________________
Jak tam mijają ferie? ;>
Jak przed- i poferie? :D
Mam nadzieję, że się podoba.
Czekam na (mam nadzieję pozytywne) komentarze ;>
Pozdrowionka, Misiaczki ;**
Wasza Cupcake.
Niestety czekał mnie zawód - z samochodu wysiadła wysoka, chuda blondyna w za krótkiej kiecce, na niebotycznie wysokich obcasach. "Skądś ją znam... Gdzie ja ją widziałam?!"
Kobieta chwiejnym krokiem ruszyła w stronę metalowej furtki.
Naprzeciwko nikt nie mieszkał od wieków. Pamiętam, że jak byłam jeszcze mała mieszkała tam przemiła starsza pani, która rozdawała dzieciom pyszne, cieplutkie ciasteczka domowej roboty. Kiedy zaczęłam chodzić do przedszkola starsza pani zniknęła z mojego życia. Nie wiem co się z nią stało... Zmarła, czy przeprowadziła się by rozdawać swoje ciastka gdzieś indziej? Nigdy się tego nie dowiem. Po prostu znikła. Od tamtego czasu dom stał pusty. Zawładnęła nim natura. Popadł w ruinę. Okna wybite przez gałęzie najbliższych drzewek. Bluszcz obrastający cały budynek. Walący się dach. Ogród zmienił się w dżunglę...
- Przepraszam panią... - z zamyślenia wyrawał mnie natrętny głos.
Niechętnie podniosłam głowę, przez co zobaczyłam twarz chudej blondyny. Miała na twarzy tony tapety, rzęsy uginały się pod ciężarem tuszu.
- Ym... Słucham?
- Szukam numeru 69 na tej ulicy... Mieszka tam mój przyjaciel... A przynajmniej takie mam informacje...
- 69? To ten naprzeciwko. - odparłam szybko, zastanawiając się, skąd znam tę wymalowaną twarz. - Ale tam nikt nie mieszka od jakiś 13 lat...
Blondyna dziwnie się skrzywiła i mruknęła coś pod nosem.
- Wiesz co? Zostawię ci mój numer. Jakbyś jednak zobaczyła, że ktoś tu się wprowadza czy coś, dzwoń szybko do mnie. Okej? - powiedziała kobieta wywracając oczami co drugie słowo.
- Dobrze, proszę pani... - wzięłam do ręki karteczkę od blondi.
- Dzięki. Do zobaczenia...
I już, chwiejąc się na wysokich obcasach, ruszyła w stronę porshe.
"Chciałabym mieć takie autko..." - westchnęłam.
Poprawiłam się na leżaku. Zawsze lubiłam obserwować ludzi... Jednak nasza ulica była nazbyt spokojna i cicha. Działo się bardzo mało i rzadko.
Tamten dzień był jednak niezwykły. Kilka razy przejeżdżały naszą ulicą nieznane mi samochody, zwalniając w okolicy domu numer 69.
"Ciekawe..." - pomyślałam.
Kiedy zaczęło się ściemniać znów podjechało srebrne porshe z blondynką za kierownicą. Otworzyła okno.
- I jak tam?
- Nic. - odparłam zwięźle.
_________________________________
Jak tam mijają ferie? ;>
Jak przed- i poferie? :D
Mam nadzieję, że się podoba.
Czekam na (mam nadzieję pozytywne) komentarze ;>
Pozdrowionka, Misiaczki ;**
Wasza Cupcake.
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Pod jemiołą. Prolog.
W końcu nasze oczy się spotkały. Marzyłam o tym od roku...
To nic, że zimno, że przemokłam do suchej nitki, spędzając cały dzień w lesie (romantycznym, zimowym, zaśnieżonym lesie...) szukając małego Szczęściarza. Za to z przemiłym sąsiadem...
- Chyba go nie znajdziemy - mruknął cicho, patrząc mi głęboko w oczy, hipnotyzując mnie swoimi hebanowymi. - Jutro rozwieszę plakaty, nie smuć się, Nina...
"Smutek dawno już ode mnie uciekł - chciałam powiedzieć - wtedy gdy spotkałam ciebie... "-Ale się powstrzymałam. Zamiast tego powstrzymałam cisnącego się na usta banana i pozwoliłam sobie tylko na delikatny uśmieszek.
- Dzięki za pomoc, Kacper...
Jego oczy pięknie kontrastowały swą tajemniczą czernią z białą poświatą śniegu...
Tak. Zakochałam się. Ale nie w tej chwili... Teraz czułam już bezgraniczną miłość do nieosiągalnego sąsiada...
__________________________________
Piszcie jeśli macie dla mnie jakieś rady. Będę meeeeega wdzięczna ;**
Miłego dalszego czytania ;>
Wasza Cupcake.
To nic, że zimno, że przemokłam do suchej nitki, spędzając cały dzień w lesie (romantycznym, zimowym, zaśnieżonym lesie...) szukając małego Szczęściarza. Za to z przemiłym sąsiadem...
- Chyba go nie znajdziemy - mruknął cicho, patrząc mi głęboko w oczy, hipnotyzując mnie swoimi hebanowymi. - Jutro rozwieszę plakaty, nie smuć się, Nina...
"Smutek dawno już ode mnie uciekł - chciałam powiedzieć - wtedy gdy spotkałam ciebie... "-Ale się powstrzymałam. Zamiast tego powstrzymałam cisnącego się na usta banana i pozwoliłam sobie tylko na delikatny uśmieszek.
- Dzięki za pomoc, Kacper...
Jego oczy pięknie kontrastowały swą tajemniczą czernią z białą poświatą śniegu...
Tak. Zakochałam się. Ale nie w tej chwili... Teraz czułam już bezgraniczną miłość do nieosiągalnego sąsiada...
__________________________________
Piszcie jeśli macie dla mnie jakieś rady. Będę meeeeega wdzięczna ;**
Miłego dalszego czytania ;>
Wasza Cupcake.
Subskrybuj:
Posty (Atom)