Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 grudnia 2013

Pustka. Rozdział 1: Zmieniłaś się.

Źdźbła trawy łaskotały moją skórę. Boso przemierzałam Łąkę, rozkoszując się kropelkami na stopach. Biała, zwiewna sukienka, którą miałam na sobie, plątała mi się między nogami, a jej rąbek był mokry od rosy. Włosy przeczesywał mi ciepły wietrzyk. Tak, to miejsce było moją utopią. W oddali majaczyły jasne postaci. Zawsze chciałam być jak one. Całkowicie czysta, idealna, pewna siebie, władcza. Było w nich coś magicznego, coś co nie pozwalało odwrócić się od nich. Skupiały na sobie uwagę, zmuszając do posłuszeństwa. I nikt nie miał im tego za złe.
Na moim ramieniu przysiadł mały, niebieski ptaszek i skinął mi drobną główką, żartobliwie skubiąc moją skórę. Uśmiechnęłam się do niego i rozłożyłam ręce, unosząc je do góry. Ptak rozłożył skrzydła i, muskając mnie piórami, odfrunął. Przyglądałam się jego smukłej sylwetce powoli ginącej na tle nieba. Marzyłam o skrzydłach. Chciałam umieć latać i móc odfrunąć gdzie tylko bym chciała. Bezgraniczna wolność była moim największym pragnieniem.
Ruszyłam powoli przed siebie, jako cel obierając sobie białe postaci, które widziałam na horyzoncie. Kroczyłam uparcie przed siebie, wierząc, że kiedyś do nich dotrę. Zamiast jednak się do nich przybliżać stale się oddalałam. Moje stopy poruszały się coraz szybciej, miałam wrażenie, że praktycznie nie dotykają ziemi. Zaczynałam unosić się w powietrzu. Oczy zaszły mi łzami szczęścia, gdy zauważyłam swój cień. Nie wyglądałam już jak człowiek. Stawałam się swoim marzeniem...

Skrzyp.

To on musiał mnie obudzić. Leciutko rozchyliłam powieki, by zobaczyć, kto postanowił przerwać mój sen. Drzwi pokoju były otwarte na oścież, tak samo jak okno (musiałam zapomnieć je zamknąć po wschodzie...). Promienie beztrosko pląsały po drewnianej podłodze, wdzięcznie wpadając przez okiennice. Do mojego nosa doszedł zapach świeżo skoszonej trawy. Rozejrzałam się po pokoju, wciąż prawie nie otwierając oczu. Dopiero po chwili dostrzegłam sylwetkę na fotelu. Nie mogłam jej z nikim pomylić. Kobieta o lekko lekko pulchnej twarzy uśmiechała się do mnie czule. Nie miała pojęcia kim naprawdę jestem. Nie miała pojęcia o Rozkazach ani białych postaciach. Była zwykłym, niepowtarzalnie dobrym i wierzącym człowiekiem. Ze wstydem muszę przyznać, że zawsze zazdrościłam jej prawdziwej córce. Kiedy nachodziło mnie jednak to nieprzyjemne uczucie zawsze jakiś głosik w mojej głowie przypominał mi, że ona nie jest niczego świadoma. Teoretycznie miało mnie to uspokoić, praktycznie denerwowałam się jeszcze bardziej.
Błękitne, pełne miłości oczy wpatrywały się we mnie wyczekująco. Czekała aż się obudzę. Powstrzymując cisnący mi się na usta uśmiech, leniwie podniosłam powieki. Drgnęła. Zawsze tak reagowała. Uniosłam głowę, delikatnie unosząc kącik ust w grymasie wybudzonego ze snu dziecka.
- Witaj, śpioszku - szepnęła cicho, poprawiając się na fotelu. Zawsze tak mnie witała.
Podniosłam się na łokciach, po czym odrzuciłam kołdrę na bok i usiadłam wygodnie na miękkim łóżku. Przyglądałam się jej chwilę, obserwując miarowo unoszącą się klatkę piersiową, wesołe oczy i delikatne dołeczki w policzkach.
- Witaj, mamo - nie mogłam pozbyć się tej niepewności w głosie.
Tym razem jednak kłamstwo, ciągnięte przez tak wiele lat wciąż było koniecznością. Nie mogłam przestać. Wciąż czekałam na Rozkaz. Wiedziałam, że kiedyś musi nadejść, że jakieś wieści kiedyś dotrą i tu. A jednak nadzieja i wiara powoli mnie opuszczały. Tęskniłam za Łąką, na której byłam naprawdę szczęśliwa. Nie to, że tu było mi źle. Pod niektórymi względami mogłoby być to najcudowniejsze miejsce na Ziemi. No właśnie,  chyba największym problemem okazywało się jedno słowo, które wbijało się we mnie jak jakiś cierń. Ziemia. To właśnie to najbardziej mnie gryzło.
- Zejdź na śniadanie - kobieta uśmiechnęła się do mnie, wstała z fotela i przeciągnęła się. - Ubieraj się, dziś szkoła - pogroziła mi żartobliwie palcem i zaraz zniknęła za drzwiami.
Niechętnie podniosłam się i podeszłam do okna, by je zamknąć. Kiedy na parapecie odkryłam małego ptaszka aż pisnęłam z zaskoczenia. Był identyczny jak ten ze snu.
- Czy to jakiś znak...? - wyszeptałam, przyglądając się mu. Mój gość przechylił łebek, rozłożył skrzydełka i wzbił się w powietrze, by zaraz zniknąć między liśćmi dębu. - Jeżeli to był znak mógłby być konkretniejszy! - westchnęłam, zamykając okna.
Po chwili już byłam na dole, umyta i ubrana. Moja "mama", Sylwia, w różowym fartuszku krzątała się po kuchni jak idealna gospodyni. Jasna kuchnia była sercem tego domu. Słoneczne blaty i drewniane szafki zachęcały do przygotowywania posiłków, a wielki stół stojący na środku zdawał się napominać do jedzenia wspólnych posiłków. I zazwyczaj słuchaliśmy się tego mebla. Jakkolwiek to brzmi. Nie pamiętam obiadu, którego nie jedlibyśmy w iście rodzinnej, sielskiej atmosferze, przy rozmowach na nieistotne tematy. Ktoś z zewnątrz mógłby stwierdzić, że jesteśmy idealną rodziną. Mógłby, ale nikt tak nie twierdzi. Trzymamy się na uboczu. Sylwia i Robert praktycznie z nikim się nie spotykają. Dlaczego? Wciąż próbuję to zrozumieć. Są naprawdę niesamowicie miłymi ludźmi, a jednak nie mają przyjaciół. Mieszkańcy Doliny patrzyli na nich krzywo, a ja nie wiedziałam dlaczego. Pasowali do idealności, sielskości tego miejsca tak idealnie, a jednak byli odtrącani. Od kiedy się tu zjawiłam wciąż się nad tym zastanawiałam.
- Herbata czy kakao? - uśmiechnęła się Sylwia, zauważając mnie.
- Kakao - odparłam, opadając na krzesło przy stole.
Za chwilę na blat wjechały kanapki, płatki i mój ulubiony napój.
- Kiedyś zawsze wybierałaś herbatę - nostalgiczny szept wdarł się do mojej czaszki.
No tak. Kolejny raz. Kobieta musiała być pewna, że tego nie słyszę. Nigdy otwarcie nie rozmawiała o czasie "przed". Przed moim przybyciem (o którym nie wiedziała), przed zniknięciem jej córki (o tym też nie miała pojęcia), przed tajemniczym CZYMŚ (o czym nikt nie chciał mi powiedzieć). Za mało wiedziałam i mimo tak długiego czasu tutaj wciąż popełniałam głupie błędy. Chcąc ukryć moje zakłopotanie, chwyciłam kubek i zanurzyłam usta w słodkim napoju. Co dziwne, właśnie on kojarzył mi się z Łąką, z moją utopią. Uspokajał mnie, dawał poczucie bezpieczeństwa i czyjejś opieki. Tak, kakao kojarzyło mi się z Domem, tym prawdziwym, moim Domem.
- Jedz szybko, tata zawiezie cię do szkoły.
Robert pracował ze dwie przecznice od mojej szkoły, więc często mnie podwoził. Lubiłam z nim jeździć. Prowadził spokojnie i przepisowo. Był chyba najłagodniejszym człowiekiem, jaki chodził po Ziemi. We wszystkim dostrzegał promyczek nadziei i dobra. Chyba nigdy się nie poddaje. Kiedy postawi sobie cel wytrwale do niego dąży. Jest naprawdę ambitny i pracowity. Oprócz tego czuły i opiekuńczy. Idealny ojciec i mąż, nic dodać, nic ująć.
Szybko wsunęłam śniadanie i zaraz byłam gotowa do wyjścia. "Tata" czekał na mnie na podjeździe, przy swoim Qashqai'u, w biznesowym garniaczku i niedbale nałożonym cienkim płaszczu. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się miło i obszedł samochód, by otworzyć mi drzwi od strony pasażera. Grzecznie wsiadłam. Nie odzywał się, ale to było do przewidzenia. Był dość małomównym, przywiązanym do tradycji gentelmanem. Nie przeszkadzało mi jednak milczenie między nami. Dogadywaliśmy się bez słów. Muszę się przyznać, że z nazywaniem go "tatą" był mniejszy problem niż z mówieniem "mamo" do Sylwii.
Z radia płynęła cicha, spokojna melodia. Pewnie jakiś Beethoven czy Bach, Robert ich uwielbiał. Uważał, że tylko przy dźwiękach muzyki klasycznej można wydajnie pracować. Kto wie, może i ma rację, nie mnie oceniać. Często puszczał ich kompozycje w domu, by rozruszać moje szare komórki. Teraz jednak tacie zależało na bezproblemowym podrzuceniu mnie do szkoły, a klasyka pomagała mu się skoncentrować. Pod jego czujnym okiem zapięłam pas i rozsiadłam się na wygodnym fotelu, przyglądając się przekręcanemu w stacyjce kluczykowi. Silnik posłusznie zaburczał i ruszyliśmy. Za oknami migały zielone drzewa, pola i małe domki. Przepisowo zatrzymywaliśmy się na czerwonych światłach, powoli wjeżdżając coraz bliżej centrum Doliny. Małe miasteczko, którego wszyscy mieszkańcy żyli na peryferiach nie było specjalnie rozbudowane. Kilka ulic na krzyż, niewielka dzielnica handlowa, ze dwa banki i pare urzędów - ot, i całe miasto. Już po chwili Robert zaparkował na małym placu przed szkołą i spojrzał na mnie niepewnie. Szybko wychyliłam się i musnęłam wargami jego policzek, po czym wyskoczyłam z samochodu i, machając mu, ruszyłam na lekcje.

Liceum w Dolinie było typową szkołą. Duży budynek z czerwonej cegły, ogrodzony czarnym parkanem, z kamiennymi schodami i wielkimi drewnianymi wrotami ukrywającymi jasne korytarze i znudzonych uczniów. Nie lubiłam tej szkoły. Żywiłam do niej głęboką urazę już od pierwszego dnia, którego wolałabym nie wspominać. Tragedia. Moje życie towarzyskie umarło zanim zdążyło się narodzić. Totalna porażka, jak z resztą cała ja. Chodząc korytarzami starałam się już w żaden sposób nie zwrócić na siebie uwagi. A podobno kiedyś miałam dużo znajomych. Według tego co mówi Sylwia... Teraz jednak od kiedy zamieniłam się z jej córką na miejsca jakoś nikt nie miał ochoty ze mną rozmawiać. W sumie, samej mi na tym niezbyt zależało.
Trampki irytująco piszczały na wypolerowanej posadzce. Nerwowo poprawiłam plecak na ramieniu, unikając kilku przeszywających spojrzeń i szybkim krokiem ruszyłam w stronę sali historycznej. Miałam nadzieję, że lekcja szybko minie i będę mogła całą spokojnie przesiedzieć, patrząc w okno. Cieszyłam się, że udało mi się zająć jedno z ostatnich miejsc w klasie. Dzięki temu, o ile w moim otoczeniu było w miarę cicho, mogłam spokojnie się wyłączyć. Usiadłam w swojej ławce i zaczęłam przyglądać się pobliskiej jarzębinie. Na wiotkiej gałązce przysiadł wróbel, nieśmiało skubiąc liście. Po chwili dołączyła do niego sikorka, kręcąc małym łebkiem. Z uśmiechem przyglądałam się tym wesołym stworzonkom, poszukującym pożywienia, mimo wszystko jednym uchem słuchając nauczycielki. Mówiła coś o komunizmie. Niezbyt mnie to interesowało, ptaki były o wiele bardziej intrygujące, zwłaszcza w momencie, gdy do wróbla i sikorki podleciał mój niebieski towarzysz ze snu. Wtedy nawet ruch na krześle obok, zawsze pustym, nie zwrócił mojej uwagi. Dopiero gdy ptaki odfrunęły, wirując w powietrzu, zauważyłam szatyna tuż obok mnie. Zielone oczy przemykały z rozbawieniem i nieskrywanym zaciekawieniem po mojej twarzy. Miał lekko garbaty nos i pełne wargi, które zagryzał, jakby w zamyśleniu. Niezbyt zwracałam wcześniej uwagę, na ludzi z klasy. Niezbyt mnie interesowali. Marzyłam o tym, żeby już skończyć szkołę... a najlepiej wyrwać się stąd na Łąkę. Chłopak uporczywie się we mnie wpatrywał, więc jak zawsze odwróciłam wzrok, wlepiając go w obrazek z podręcznika. Kto na nim był, w życiu sobie nie przypomnę... Wciąż czułam na sobie palące spojrzenie, więc zaryzykowałam i zwróciłam twarz ku chłopakowi. Uśmiechnął się lekko.
- Czemu tak się na mnie patrzysz? - syknęłam cicho, nie chcąc zwrócić na siebie uwagi nauczycielki.
- Zmieniłaś się - odparł tylko, po czym  przeniósł wzrok na tablicę.
Nie odzywaliśmy się do siebie później. W głowie rozważałam jego słowa, próbując odnaleźć ich ukryty sens, podtekst. Cokolwiek, czym mógł chcieć mnie urazić. Jego obecność jednak dziwnie mnie rozpraszała. Mimo ponownego pojawienia się niebieskiego ptaszka na parapecie, nie mogłam się na nim skupić, mimowolnie wracając spojrzeniem do kolegi z ławki. Nie miałam pojęcia nawet jak się nazywał. No tak, po co zawierać znajomości, skoro i tak w końcu przejadę się na ludziach. Im nie można ufać. Nigdy. Kimkolwiek by nie byli.

Kiedy w końcu wyszłam ze szkoły czułam się gorzej niż zwykle. Byłam kompletnie przytłoczona ilością zadań domowych, nauki i podejrzanymi spojrzeniami szatyna. Marzyłam tylko o moim miękkim łóżku i kubku kakao. Tak niewiele uczyniłoby mnie najszczęśliwszą osobą na Ziemi. Nie mogłam jednak liczyć na szybkie spełnienie pragnienia - Robert pracował dziś do późna, co dla mnie oznaczało spacer przez całe miasto.
Tuż obok liceum mieścił się mały, drewniany, sprawiający wrażenie opuszczonego kościółek. Lubiłam tam zachodzić. Większość mieszkańców Doliny omijała go szerokim łukiem twierdząc, że nie wierzą w Opatrzność, ani w Boga. Nie wiedzieli tego co ja... Ten budynek był jedynym takim miejscem w Dolinie. Często zachodziłam tam, wracając do domu. Na parafii pracował starszy Ksiądz, którego kazania chwytały za serce. Odwiedzanie go i słuchanie jego opowieści było jednym z najlepszych zajęć, jakimi mogłam się tutaj zajmować. Dyskusje z Księdzem z kolei bywały bardzo zażarte. Miał swoje poglądy, ja swoje. Często spieraliśmy się w niektórych kwestiach, ale zawsze jakoś się dogadywaliśmy. Miejsce to miało w sobie coś uspokajającego, coś co przybliżało mnie do mojego domu...
Tym razem jednak, gdy tylko postawiłam stopę na skrzypiących deskach, poczułam się inaczej niż zawsze. Ogarnęła mnie świadomość, że zaraz coś się stanie. Nie wiedziałam tylko co. Serce zaczęło mi szybciej bić, czułam rozszerzające się źrenice. Czyżby w końcu nadszedł Rozkaz?
 Niepewnym krokiem zaczęłam przemierzać nawę główną, na co deski odpowiadały - dość upiornymi w takich okolicznościach - dźwiękami. Rozglądałam się za Księdzem, mając nadzieję, że cokolwiek się nie stanie będę miała w nim jakieś oparcie. Niestety byłam coraz bliżej ołtarza, a staruszka ani śladu. Wokół mnie zaczęła się tworzyć lekka mgiełka. Nerwowo przeczesywałam wzrokiem ławki, licząc, że znajdę kogokolwiek, kto wyjaśniłby mi, co jest grane. Oczywiście się przeliczyłam. Budynek był całkowicie pusty, nie licząc kilku zabłąkanych kotów i jaskółek z gniazda pod sufitem.
Stanęłam przed ołtarzem, z nogami jak z galarety. Bałam się. Bałam się, że to jednak nie będzie Rozkaz, że to tylko wyobraźnia płata mi figla. Bałam się, że jeżeli to Rozkaz to są to tylko informacje, co dalej mam robić w Dolinie. Bałam się, że to będzie jeden z Nich, chcący tylko ze mnie zadrwić, jak to już bywało. Nigdy nie grzeszyłam odwagą i śmiałością.
Nagle otoczyło mnie jasne światło. Tak jasne, że musiałam przymknąć powieki. Nie wiedziałam, co się dzieje. Chciałam jak najszybciej dowiedzieć się co jest grane. W gardle mi zaschło, oddech był nierówny, źrenice rozszerzone mimo tak jasnego światła.
Po chwili wszystko zgasło, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pozostał tylko szum w uszach i niepewna świadomość utraty czegoś ważnego.

_______________________
Ta daaaam, oto i rozdział pierwszy *u*
Tak, jestem z niego mega zadowolona. Tak jak rzadko mi się zdarza. Mimo kilku niedociągnięć jestem z niego naprawdę dumna.
Mam nadzieję że i Wam się spodobał *.*

Wielkie podziękowania dla moich dziewczątek: Clar, Des, Kath, nie wiem czy bez Wam to by powstało! Uściski i buziaki dla Eweliny i Patcha (ha, wyszło na Twoje), za równie wielką pomoc!

Pozdrawiam, życzę miłego 2014 (lepszego niż 2013 przede wszystkim) i... apeluję o komentarze *nieśmiało*

Wasza Cupcake.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Pustka. Prolog.

Wiatr cicho hulał między liśćmi, unosząc wokół delikatny wiosenny zapach.Wszędzie robiło się zielono, na roślinach zaczęły pojawiać się pąki. Ptaki wracały do swoich gniazdek, poprawiając je świeżymi listkami, piórkami i wszelkimi znaleziskami. Wiosna na dobre rozgościła się w okolicy. Zdawało się, że całą Dolinę spowił spokój, że w takim miejscu nic złego nie może się dziać. Jakże często jednak pozory kłamią. Kto jak kto, ale ja miałam tego świadomość. Widziałam budzące się do życia zwierzęta, dookoła latały kolorowe motyle, a uporczy muchy brzęczały mi tuż przy uchu.
Harmonia. To słowo zdawało się opisywać wszystko, co działo się w Dolinie z rozpoczęciem Wiosny. Zdawało się. Harmonią można było od zawsze nazwać tylko widoki, powierzchowność tego cichego miejsca. Nikt nie wiedział, jakie sekrety kryje Dolina. Nikt nie pomyślałby, co ukrywają mieszkańcy tego sielskiego krajobrazu. Najciemniej jest pod latarnią. Jasny świat, wydawałoby się rządzony najczystszymi prawami natury ukrywał swoje wnętrze. Mało kto wiedział o nim wiele. Nikt nie podejrzewałby, jak straszne rzeczy mogą się tu dziać.
Kolejny podmuch wiatru rozwiał mi włosy. Westchnęłam cicho, czując chłodne powietrze na nagich ramionach. Słońce powoli wschodziło, poranna mgła opadała. Dolina wydawała się tak utopijnym miejscem, kiedy promienie przebijały się przez liście znacząc trawnik złotymi refleksami. Bajeczna Dolina, przypominająca krainę z baśni dopiero budziła się. Wiedziałam dobrze, że tylko wydaje się tak niewinna. W rzeczywistości takie miejca były najniebezpieczniejsze. Kto jak kto, ale ja doskonale o tym wiedziałam, po spędzeniu tu tych nastu lat. I szczerze mówiąc miałam serdecznie dość tego zdradliwego miejsca i jego tajemnic. Teoretycznie nigdy nic mnie tu nie trzymało. A praktycznie? Praktycznie nie było szans, żebym opuściła Dolinę bez wyraźnego Rozkazu. Jak na ironię, jedynym Rozkazem jaki dostałam kiedykolwiek było właśnie zejście tu. Utknęłam tu, przez Rozkaz i tylko Rozkaz mógłby mnie stąd kiedykolwiek wyciągnąć.
Słońce wschodzące leniwie coraz wyżej po bezchmurnym niebie zdawało się na nowo kolorować okolicę. Wszelkie szarości znikały ustępując miejsca soczystej zieleni i delikatnemu różowi wiśniowych pąków. Wdychałam łagodny zapach, rozkoszując się rzadką chwilą spokoju. Poranki w Dolinie to naprawdę niesamowite, bajeczne momenty. Każdego dnia oczekiwałam tylko tego. Mgła prawie całkowicie opadła, odkrywając przed wszystkimi wydawałoby się idealną, utopijną krainę. Turyści nazywali Dolinę "Rajem na Ziemi". Nie mieli pojęcia jak daleko są w tym stwierdzeniu od prawdy.
Odepchnęłam się od gałęzi, by wirując opaść z nienaganną gracją na trawę. Moje bose stopy były pieszczone delikatnymi źdźbłami świeżej trawy i chłodzone drobnymi kropelkami porannej rosy. Ze wstydem muszę przyznać, że to jedna z tych niewielu rzeczy, za którymi będę myśleć tęsknie po opuszczeniu Doliny. Tylko tu błyszczące w słońcu drobinki osiadłe na liściach i trawie potrafiły we mnie wzbudzić taki zachwyt. Nigdzie indziej. Tanecznym krokiem przemierzyłam mokry trawnik, który przy każdym kroku łaskotał odkrytą skórę nóg, by po chwili dotrzeć na kamienistą ścieżynkę. Ostrożnie, by nie poranić stóp, przeszłam po niej aż do jasnej ściany budynku, o którą oparta była stara, drewniana drabina. Nieco niepewnie zaczęłam się po niej wspinać, mimowolnie odwracając się ku rozłożystemu dębowi, na którym przesiadywałam każdego poranka. Delikatny wietrzyk tak poruszał gałęziami starego drzewa, że te wyglądało jakby machało mi listkami na pożegnanie. Kiedy dotarłam do swojego okna, bezszelestnie wślizgnęłam się do wnętrza pokoju, by zaraz wsunąć się z powrotem pod ciepłą kołdrę i powrócić w ramiona ożywczego snu.
Każdy mój ranek wyglądał podobnie. Czy chciałam czy nie budziłam się przed wschodem słońca, by cicho wymknąć się do ogrodu, zasiąść na najniższej gałęzi dębu i przesiedzieć tam aż najbliższa z gwiazd wyjrzy całkowicie zza Wzgórz. Później po starej drabinie wracałam do sypialni, zakopywałam się pod pierzyną i zasypiałam, aż do budzika. Robiłam tak od kiedy pamiętam, niezależnie od pogody czy stanu zdrowia. Coś ciągnęło mnie, by robić tak a nie inaczej, jakaś niezrozumiała Potrzeba, która niczym magnes kazała mi codziennie usiąść na gałęzi. Tylko tam i tylko wtedy odczuwałam, że te miejsce nie jest tak złe, że Dolina ma w sobie trochę dobra. Sceneria zawsze miała w sobie coś baśniowego. Możliwe, że wpływ na moje odczucia miało nagłe wyrwanie z krainy marzeń sennych, ale nie obchodziło mnie to. Cieszyłam się, że chociaż na chwilę mogę zapomnieć o prawdzie o Dolinie.

_______________________
Tu du dum duuuum ;D
Oto nowe opowiadanie, do którego nie wiem co mnie natchnęło. Tak czy siak mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu jak kiedyśniejsze "Mój świat".
Także oczekuję na jakiekolwiek komentarze z opiniami i... życzę wesołych świąt, bo pewnie nie zdążę nic naskrobać do ich czasu...

Wasza Cupcake.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Melissa Carlstone, czyli wielka nieświadomość. Rozdział VII: Kocioł

W Dziurawym Kotle nie było miejsca, by usiąść. Wszystkie krzesła były zajęte przez czarodziejów. Grupa czarownic zawzięcie plotkowała, stara pani Trelawney spała z głową na stole, przy barze siedzieli podpici mężczyżni, a młodi uczniowie z kociołkami i książkami biegali po pubie piszcząc z radością.
Weasley'owie z Neville'em, Luną oraz Melissą weszli niepewnie do budynku. Jedenastolatka wciąż ściskała rękę Huga, by się nie zgubić. Ron próbował dowiedzieć się czegoś o pracy dorosłej blondynki jednak ta ignorowała jego pytania wciąż witając się z podejrzanie wyglądającymi czarownikami. Hermiona zaś dyskutowała z profesorem Longbottomem na temat jednej z roślin, której właściwości lecznicze ostatnio odkryła.
Rose milczała, rozgladając się po barze i szukając znajomych twarzy. Nie odnalazła jednak żadnej ze swoich przyjaciółek. Zamiast nich w oczy rzuciła jej się grupka Ślizgonów, stojących w kącie. Oczywiście w samym jej środku stał Well z nieodłącznym Malfoyem. O bruneta opierała się nieznajoma dziewczynie blondynka, wyraźnie zadowolona z towarzystwa. Obok Malfoya zaś stała, szczerząc się jakaś szatynka. Rose przejrzała w głowie znajomych jej mieszkańców Domu Węża i skojarzyła, że do Scorpiusa uśmiechała się zalotnie Ever Megan Hales, uczennica drugiego roku. Tożsamość blondynki pozostała jednak dla rudej tajemnicą.
- Mama napisała, że jest w hotelu... - powiedziała niezbyt głośno Melissa, ściskając w dłoni komórkę.
- Jest już dość późno, nie byłoby to zbyt rozsądne puszczać cię samą nocą... - zaczęła Hermiona.
- Zapytaj, czy możesz przenocować tutaj, w Dziurawym Kotle - rzucił Ron, zirytowany zachowaniem Luny.
Jedenastolatka kiwnęła głową i zaczęła energicznie stukać w klawiaturkę, lewą ręką wciąż trzymając starszego o rok chłopaka.
Rose zachodziła w głowę kim może być dziewczyna wsparta na ramieniu Olivera. Nieświadomie zaczęła iść w stronę Ślizgonów. Od zawsze miała tak, że gdy czegoś nie wiedziała musiała praktycznie natychmiastowo odkryć, o co chodzi.
- Rose, gdzie ty idziesz? - zatrzymała Hermiona czternastolatkę.
- Ja... ym... do łazienki, mamo - odparła dziewczyna, marnie kłamiąc.
- Rosie, czy ty miałaś zamiar podejść do Malfoy'a? - zapytał surowo ojciec.
- Nie! - fuknęła nastolatka, ze złością odwracając się plecami do rodziców.
Ciągle przypominają jej, żeby nie zadawała się z Malfoyem. A może ona chciałaby go poznać? Może...?

***

Elise Carrow trzymała pod ramię bruneta. Miała wrażenie, że wszyscy patrzą się tylko na nich. Czerpała z tego wielką satysfakcję.
- Elise...?
- Słucham, Scorpiusie?
- Yyy... Nie, już nic.
Młody Malfoy kilkukrotnie próbował rozpocząć rozmowę z blondynką, jednak jakoś nie mógł się wysłowić. Pamiętał doskonale, co ojciec mu opowiadał o uczennicach Beauxbatons. Według jej opowieści nie przebywała tam zbyt długo, ale jednak...
- Ej, Scorpius...
Szatynka lekko traciła chłopaka w ramię.
- Co chcesz, Ever? - blondyn przewrócił oczami z irytacją.
- Może pomógłbyś mi jednak z tymi eliksirami, co? - dziewczyna zatrzepotała zalotnie rzęsami.
- Porozmawiamy w szkole - warknął i ruszył przed siebie przez tłum uczniów.
Nie lubił, gdy to dziewczyny robiły pierwszy krok. Był zdecydowanie typem dominującym. Interesowały go bardziej ciche myszki, a nie takie jak Ever bardzo pewne siebie i swoich wdzięków (bo że Ever była ładna zaprzeczyć nie mógł).
Przedzierając się między ludźmi poczuł, że kogoś potrącił. Odwrócił się i napotkał wściekłe spojrzenie brązowych oczu.
- Mówi się przepraszam, Malfoy - warknęła dziewczyna.
- Co ty nie powiesz, Weasley? A może byś tak się nie pchała?
- A ty może byś nie sądził swojego arystokratycznego zadka do damskiej łazienki? - fuknęła, wskazując drzwi, przed którymi akurat stanęli. - Idioci wszędzie - przewróciła oczami i chwyciła klamkę.
- A ty... ty... - szare oczy biegały zdenerwowane dookoła.
- Brak argumentów? - brwi Rose podjechały do góry. - Może twój mały móżdżek w czasie gdy ja będę sobie korzystać z toalety dojdzie do jakichś ciekawych wniosków... - westchnęła, otworzyła drzwi łazienki i zaraz za nimi zniknęła pozostawiając zdezorientowanego Scorpiusa na zewnątrz.
Kiedy tylko znalazła się poza zasięgiem wzroku blondyna osunęła się po chłodnej ścianie na zimną posadzkę.
Każda rozmowa ze Scorpiusem kończyła się kłótnią. Nie potrafili ze sobą normalnie podyskutować. Dziewczyna już od dawna podejrzewała, że to wszystko przez spory rodziców. Strasznie ją to irytowało. Taka wpojona nienawiść, tylko z powodu nazwiska...

***

Melissa, wciąż nie puszczając ręki Huga, niepewnie stała obok Weasleyów. Mieli zostać w pubie na noc.
- Mamo, a Melissa może mieć razem ze mną pokój? - zapytał Hermiony syn.
Pani Weasley niepewnie zerknęła na męża. Nie pomyśleli o tym wcześniej.
- Kochanie, to trochę... Myślę, że... Melissa pewnie by wolała mieć pokój z Rosie, prawda?
Czarnowłosa dziewczynka spuściła oczy. Nie wiedziała co ma odpowiedzieć.
- Herma - odezwał się Ron. - Przecież wynajęliśmy tylko dwa pokoje...
Żona rudzielca spłonęła rumieńcem.
- A nie dałoby się...
- Wszystkie pokoje są zajęte.
- A może wzięlibyśmy Huga do sie... Nie. Masz rację zły pomysł... - policzki pani Weasley były już krwistoczerwone. Westchnęła i zwróciła się do syna. - Hugo... Tak, Melissa może spać z wami. Z tobą i Rosie oczywiście.
Uradowany chłopczyk puścił rękę brunetki i uściskał rodziców.

***

Draco Lucjusz Malfoy siedział sam w pokoju na piętrze Dziurawego Kotła. Nie widział sensu we wracaniu na noc do pustego Malfoy Manor. Jego rodzice przeprowadzili się na wieś, argumentując swoje zachowanie złymi wspomnieniami. Mimo że udało się zmienić wystrój rezydencji na bardziej przytulny nie zmieniło to decyzji Lucjusza i Narcyzy. Sam Draco z kolei nie lubił jeździć na wieś. Od dziecka był przyzwyczajony do skrzatów domowych robiących wszystko za domowników i spełniania zachcianek, przez co nie potrafił znieść zapachów i temu podobnych towarzyszących posiadaniu małego, przytulnego wiejskiego domku i małego poletka. Coraz rzadziej odwiedzał rodziców.
Opadł na poduszki. Rzeczywistość powoli zaczynała mu ciążyć. Nie tak wyobrażał sobie swoje dorosłe życie...
- Tato! - z zamyślenia wyrwało go trześnięcie drzwi i krzyk wchodzącego syna. - Ta głupia Weasley znów mnie obrażała! Mam jej dość! - Malfoy junior zdenerwowany przysiadł na brzegu łóżka. - Co mam zrobić?!
- Scorpius... Jeszcze trochę i z tobą zwariuję - westchnął. - Sam się do niej pchasz, zaczepiasz ją, a potem narzekasz.
- Wcale, że nie!
- Zamknij się - mruknął ojciec. - Wiem co mówię. Znam Weasley'ów. Znam też byłą Granger. Nie zaprzeczaj. A teraz idź spać.
- Ale...
- Bez dyskusji.

***

Hermiona leżała na boku przyglądając się swojemu mężowi. Od zawsze był jej przyjacielem. Często się kłócili, ale możliwe, że to właśnie dzięki temu wyrosło z tego coś więcej.
Ronald Weasley właśnie zdejmował koszulę. Trwało to dziwnie długo. Szatynka powoli podniosła się z łóżka i podeszła do rudzielca. Objęła go od tyłu i przytuliła się mocno do jego pleców.
- Znów problem z guzikami - zachichotała cicho kobieta.
- Nie... Ale wiesz jak strasznie lubię, gdy to ty mi je rozpinasz...

***

Dorosły Malfoy nie mógł zasnąć. Jego syn pochrapywał cicho na drugim łóżku. Zza ściany dochodziły go niepokojące dźwięki. Poczuł ukłucie w sercu, gdy uświadomił sobie, kto tam jest.
- Że też wybrałem Astorię... - zaczął mówić cicho do siebie. - Teraz jestem sam...

***

Oliver Well również miał wynajęty pokój w Dziurawym Kotle. Elise nie miała się gdzie zatrzymać więc pozwolił jej się właśnie tam zatrzymać.
Siedzieli na dywanie przed kominkiem popijając piwo kremowe.
- Powiedz mi coś o Hogwarcie - mruknęła dziewczyna, opierając głowę na ramieniu chłopaka.
- Nudne stare zamczysko. Pełno rozchichotanych szlam. Beznadziejni nauczyciele...
- Nie przesadzaj - westchnęła.
- Puyasz o szkołę. Jak szkoła może być interesująca?
- Hogwart jest - prychnęła, podnosząc się. - Te wszystkie zakamarki, Komnata Tajemnic, łazienka pełna duchów... Myślisz, że to nudne? I ty masz się za ucznia Hogwartu?! - ostatnie zdanie wykrzyknęła i, chwiejnym krokiem, skierowała się do wyjścia.
- Elise! - Well złapał dziewczynę tuż przed drzwiami i przerzucił ją sobie przez ramię. - Tak to rozmawiać nie będziemy - położył ją na łóżku i zaczął rozpinać sweterek.
- Co ty mi robisz, zboku/?!
- Spokojnie... Chcę cię rozebrać...
- Po co?! - panna Carrow zaczęła odpychać ręce bruneta.
- Żebyś już poszła spać.
- Sama sobie poradzę - by udowodnić swoje słowa zaczęła nieporadnie rozpinać guziczki.
- Podpiłaś Scorpiusowi Ognistą? - westchnął chłopak z niedowierzaniem i powrócił do rozbierania blondynki.
- Trochę... No już dobra, pomóż mi... -  dziewczyna uśmiechnęła się zalotnie. - A może porobimy coś jeszcze...?
- Elise... Jesteś za mło...
Nieodszła uczennica Beauxbatons nie dała mu dokończyć.

_________________
Mała uwaga! Proszę Was, czytajcie imię panny Carrow jako [Iliz] a nie [Elize], [Eliz], [Aliz] czy temu podobne! To jest moja Elise czyli [Iliz], okej? Zrozumieliśmy się? No, mam taką nadzieję :D
____________________________________________________________________

Nie jestem zadowolona z tego rozdziału. Za dużo chciałam w nim przekazać ;/

Mam nadzieję, że ujdzie...

Dedyk dla AAlexy ;*

Pozdrawiam ;*

Wasza Cupcake.

sobota, 20 kwietnia 2013

Melissa Carlstone, czyli wielka nieświadomość. Rozdział VI: Znajomości

Ciemnowłosa dziewczyna szła u boku rudego mężczyzny przez tłum czarowników, rozglądając się wciąż wokół i pytając o wszystko. Ron nie miał już tego zapału co wcześniej i odpowiadał niechętnie półsłówkami. Jedenastolatkę jednak rozpierała energia po pierwszym zetknięciu z wyczuwalną magią.
- Ym... Dobry, panie Weasley! - usłyszeli tuż za sobą.
Odwrócili się i ujrzeli wysokiego czternastolatka o dość długich bardzo jasnych blond włosach i błyszczących szarych oczach utkwionych w Melissie.
- Malfoy? - zdziwił się Ron, po czym po chwili dodał: - Witaj, Scorpiusie.
- Tego... - chłopak niepewnie rozejrzał się wokół. - Zakupy...?
- Tak - odparł mężczyzna. - Niedługo początek roku, więc...
- A ty...? - Malfoy wrócił wzrokiem do dziewczynki. - Też do Hogwartu? Pierwszy rok? Jak się nazywasz? Do jakiego domu chcesz trafić? - zasypał ją pytaniami.
Jedenastolatka tylko wzruszyła ramionami bez słowa. Zaskoczył ją ten niespodziewany nowy znajomy-nieznajomy.
- Hej, wolniej - uśmiechnął się pan Weasley.
- Okej... - Scorpius kiwnął głową, nabrał w płuca powietrza i zapytał: - Więc jak się nazywasz?
- Melissa Carlstone.
- Status krwi...? - zapytał mniej pewnie.
- Ym... - jedenastolatka zarknęła na Rona. - Rodzice mugole.
- Okeeeeej - mruknął czternastolatek. - W rodzinie żadnego czarodzieja?
- Nie wiem - dziewczynka pokręciła głową. - Nie mówiliśmy o tym nigdy...
Chłopak już otwierał buzię, by coś powiedzieć, kiedy w tłumie rozległ się krzyk mężczyzny.
- SCORPIUS! GDZIE TY SIĘ PODZIEWASZ?!
- Uch... Muszę spadać... Narka Melissa... Miłego dnia, panie Weasley...
Kiedy blond czupryna skryła się już za tiarami przechodzących czarodziejów pan Wealsey ruszył w stronę Dziurawego Kotła.
- Melisso, jesteś pewna, że ma... - odwrócił się, by spojrzeć na jedenastolatkę, która powinna iść u jego boku. Obok niego szła jednak stara, niska czarownica w za dużym kapeluszu.
- Co złociuteńki? Zgubiłeś kogoś...? A może mogę ci jakoś pomóc? - wyszczerzyła się, ukazując w uśmiechu (który miał być z pewnością seksowny) dwa poczerniałe zęby.
- Nie - odparł Ron, otwierając szeroko oczy z przerażenia.
Szybko wyminął kobietę i zaczął rozglądać się w poszukiwaniu niskiej, czarnowłosej jednenastolatki o bystrym, zielonym spojrzeniu. Jak szaleniec biegał po Pokątnej zaglądając w twarz każdemu przechodniowi.
Już sobie wyobrażał minę żony na wieść o zgubie...
- RON?! JAK?! Jak to jest możliwe...? Jak mogłeś zgubić jedenastolatkę?!
- Hermio...
- Nie przerywaj! Może nasz dzieci też masz zamiar zgubić?
- Kocha...
- Och! Jaka byłam głupia wychodząc za ciebie! Mogłam wyjść za... choćby za Malfoya, mieszkać w pałacyku i nie martwić się, że mój idiota zgubi moje lub cudze dziecko, którym kazałam mu się opiekować!
Mężczyzna wzdrygnął się. Jak często miłość jego życia wytykała mu jakim jest niedorajdą... Jak często porównywała go do znienawidzonego Dracona, do "idealnego" Kruma czy jego braci. Wszyscy czymś się wyróżniali, czymś co było godne uwagi takiej dziewczyny jak Hermiona... A on? Rudy niedojda, Ron Weasley, prowadzący nieduży sklepik na Pokątnej z mugolskimi przedmiotami, lekko zmodyfikowanymi zaklęciami, których nauczył go ojciec. Bez żadnych własnych osiągnięć. Znany jako "ten kumpel Harry'ego Pottera". Nie mówi się o tym, że to on zniszczył jednego z horkruksów, że to on uratował Wybrańca przed utonięciem (no tak, nikt nawet nie wspomni o tym, że słynny Potter mógł się utopić!). Nie mówi się nawet o tym, jak poprosił Hermionę o rękę. Ludzie, gdy o nim wspominają, myślą raczej o jego niezdarności, nieporadności i o "tej cudownej, niesamowitej Hermionie Weasley - niestety tak, od tego beznadziejnego rudego Weasleya; jakie to dziwne, że nie znalazła sobie kogoś lepszego! Mogła przecież nawet być panią Krumową! No, ale wracając do tematu... Cudownej pani Weasley, która uratowała życie blablabla...".
Biegłam w kółko po Pokątnej, próbując uniknąć zderzeń z przechodniami. Kiedy wrócił do miejsca, gdzie zaczepił ich młody Malfoy, znalazł swoją zgubę, siedzącą na ławeczce przed księgarnią "Esy i Floresy", wpatrującą się gdzieś w dal.
- Melisso...?
***
- Hugo, proszę, nie wygłupiaj się. Zostaw te szpileczki... - Hermiona traciła siły do syna. Nie umiał usiedzieć spokojnie na stołeczku, kiedy jego siostra mierzyła nowe szaty. - Hugonie Weasley, jeśli zaraz się nie uspokoisz i nie usiądziesz grzecznie na tym stołeczku nie zobaczysz czekoladowych żab przez dwa miesiące!
Mały rudzielec popatrzył na swoją matkę z przerażeniem w oczach. "Jak można wytrzymać tyyyyle czasu bez czekoladowej żabki...?" - pomyślał, odkładając szpilki do podełka, które stało obok madame Malkin.
- Od razu lepiej, młodzieńcze - uśmiechnęła się starsza pani, uwijająca się przy czternastolatce, na której wisiał czarny materiał. - Jeszcze chwilka, kochanieńka i będziesz miała nowiutką piękną szatę...
Nagle w sklepie rozległ się dźwięk przychodzącego SMSa. Hermiona zarumieniła się, wybąkała ciche "przepraszam" i wyciągnęła mały aparacik.
Szybko i sprawnie odpowiedziała na wiadomość, cały czas z politowaniem kręcąc głową.
- Czyżby tatuś znów się zgubił? - zapytała z łobuzerskim uśmieszkiem Rose.
- Niestety tak, kochanie - zaśmiała się pani Weasley, wrzucając telefon do torebki. - Ale zaraz się znajdzie...
W tym samym momencie drzwi wejściowe otworzyły się i stanął w nich wysoki rudzielec z małą brunetką.
- Pańsztwo uż tu chyba byli - wymamrotała niewyraźnie starsza czarownica (wszystko przez szpilki, które trzymała między zębami), zerkając w stronę nowych klientów.
- Tak, tak - odparł Ron, podchodząc do swojej żony, by pocałować ją w policzek.
- W końcu jesteście - mruknęła, odsuwając się od męża.
- Już kończę - mruknęła madame Malkin, wpinając kolejną szpilkę w materiał. Po chwili zdjęła go z Rose i zniknęła na zapleczu sklepu.
- Gdzie się podziewaliście? - zapytała spokojnie Hermiona.
- Cały czas na Pokątnej. Kupiliśmy wszystko, co było potrzebne.
- W porządku - mruknęła pani Weasley. - Jak się podoba, Melisso, świat magii?
- Tu jest naprawdę magicznie - uśmiechnęła się jedenastolatka. - Ale chciałabym się skontaktować z mamą, a tu moja komórka nie łapie zasięgu...
- Zaraz to załatwię! - powiedział ochoczo Ron i wyciągnął swoją różdżkę. Szepnął coś pod nosem i na ekraniku pojawił się pełen zasięg.
Brunetka z radości klasnęła w dłonie i wybrała numer na klawiaturce.
***
Oliver Well spacerował po Pokątnej w towarzystwie blondynki, którą zobaczył w tłumie. Wciąż nie wiedział jak się nazywa, czy jest czystej krwi... Nie miał pojęcia gdzie się uczy ani skąd jest.
Przechadzali się w milczeniu.
- Widzę, że coś cię dręczy Oliverze - powiedziała nagle.
Chłopaka nawet nie zastanowiło skąd dziewczyna zna jego imię.
- Zdradź mi coś o sobie... Jak się nazywasz, skąd jesteś...?
- Jestem Elise Carrow. Moja rodzina kiedyś służyła Czarnemu Panu. Ogólnie miałam uczyć się w Beauxbatons, ale nie chciałam, zbuntowałam się i uciekłam. Mam dwanaście lat i idę do pierwszej klasy w Hogwarcie - odpowiedziała. - A teraz ty, powiedz coś ciekawego o sobie.
- Jestem Oliver. Oliver Well. Moja rodzina kiedyś była powiązana z rodem Potterów, ale jakaś ileś-tam-razy-pra-babunia rozwiodła się ze swoim Potterem i wróciła do nazwiska rodowego. Ukrywaliśmy się wiele lat, tylko Czarny Pan o nas wiedział. Byliśmy jego najtajniejszymi szpiegami podobno - uśmiechnął się. - Moje rodzeństwo, żeby nikt nas nie rozpoznał trafiło do Durmstrangu pod zmienionymi danymi. Mój wuj to Wiktor Krum, ale jakoś nie mogę go przetrawić. Był na balu ze szlamą Granger - machnął ręką. - Wystarczy tyle?
- Ile masz lat? - zachichotała. - Nie powiedziałeś!
- Czternaście. No i jestem w najlepszym z domów.
- Ślizgon, rozumiem? - blondynka chwyciła Olivera pod ramię.
- Oczywiście!
***
Przy przejściu z Pokątnej do Dziurawego Kotła zrobił się tłok. Weasleyowie z Melissą trzymali się mocno za ręce, żeby się nie pogubić. Ron kłócił się z żoną o jakieś głupoty, Rosie się im przysłuchiwała z wielkim zainteresowaniem, z kolei Hugo próbował zabawić rozmową swoją nową koleżankę.
- Kogoś mi przypominasz, wiesz? - powiedział nagle.
- Tak...? - Melissa wydawała się zaciekawiona.
- Przypominasz mi wujaszka Harry'ego. Wiesz, ten słynny Harry Potter jest moim wujkiem! - powiedział z dumą chłopczyk.
- Harry Potter...? - brunetka pamiętała, że ktoś już dziś o nim wspominał.
- No nie mów, że o nim nie słyszałaś! Musiała... Chociaż w sumie nie, skoro urodziłaś się u mugoli... To ja ci opowiem! - zaproponował ochoczo, na co dziewczynka kiwnęła głową.
- Więc była taka prze...
Wypowiedź Huga przerwało głośne powitanie.
- Weasleyowie w pełnym składzie? - blondynka o długich, gęstych włosach słodko uśmiechała się, wsparta na ramieniu mężczyzny z teczką.
- Luna! - ucieszyła się Hermiona.
- Dzień dobry wujku! - uśmiechnął się dwunastolatek. - On też jest znany. Pomógł wujkowi Harry'emu. Opowiem ci wszystko, obiecuję - szepnął do dziewczynki, której rękę wciąż ściskał.
__________________________________________
I jest kolejny rozdzialik *.*
Ale jestem z siebie dumna! Tyle napisałam w ciągu tych kilku dni! ;3
Mam nadzieję, że się Wam podoba, Kochani ;***
Dedyczek dla mojej AAlexy (dzięki której weny coraz rzadziej mi brakuje), Hermioniji (której komentarze niezmiernie mnie cieszą) i moich dwóch nowych obserwatorek: Stacy Malfoy i Belli Lestrange :3
Dziękuję Wam ;***
Życzę wszystkim ocieplenia i przyjścia Wiosny! :)
Wasza Cupcake.

wtorek, 12 marca 2013

Melissa Carlstone, czyli wielka nieświadomość. Rozdział V: Zakupy

Po Pokątnej przewijało się mnóstwo czarownic i czarodziei: od młodych uczniów, przygotowujących się do szkoły, po starsze czarownice, chcące znaleźć powód do narzekania ("Zobacz, Mirello, jak ta nasza młodzież się dziś ubiera! Tak krótkiej spódnicy chyba w życiu nie widziałam. I to jeszcze u takiej szlamy!").
W tłumie ciężko było się odnaleźć. Ulica, jak zawsze pod koniec sierpnia, była wyjątkowo zatłoczona.
Około czterdziestoletni mężczyzna nie miał w sobie już nic z chłopaczka, który kiedyś notorycznie gubił swoją ropuchę Teodorę - teraz szedł pewnie pośród tłumu, mocno trzymając w prawej ręce skórzaną teczkę z wygrawerowanym imieniem i nazwiskiem prof. Neville Longbottom.
Wyglądał, jakby kogoś szukał. Co chwila ktoś z młodych uczniów krzyczał "Dzień dobry, psorze!". Neville był lubianym nauczycielem. Po ukończeniu szkoły pozostał w Hogwarcie. Na początku, kiedy kadra zajmowała się naprawami, on pielęgnował rośliny w szklarniach. Później objął posadę nauczyciela zielarstwa. Któregoś dnia dyrektor McGonagall zwolniła z nieznanych nikomu powodów profesor Hooch, będącą opiekunką Gryffindoru i oddała tę posadę profesorowi Longbottomowi. Uczniowie uwielbiali niezdarnego nauczyciela, który podczas lekcji zabawiał ich anegdotkami o czasach jego nauki, wiekiej bitwie o Hogwart i o Harrym Potterze.W tłumie mignęła blond grzywa, której tak dawno nie widział. Zaczął przepychać się między ludźmi.
Kiedy dotarł do miejsca, w którym ją widział okazało się, że już jej tam nie ma. "Albo wcale nie było" - smutna myśl przemknęła mu przez głowę.
Zawrócił się, by dotrzeć do apteki, po środek na hubiki*, kiedy ktoś zasłonił mu oczy. Otoczył go znany, przyjemny zapach.
- Luna... - wypowiedział z namaszczeniem.
- Witaj, zabijaczu węży - chichot czarownicy przypomniał profesorowi pobitewne chwile spędzone z ukochaną.
***
- Sa cztery domy: Gryffindor, Hufflepuff, Ravenclaw i Slytherin.
- Do którego ty... znaczy pan należał? - zapytała Melissa.
Dziewczynka miała już prawie wszystkie potrzebne w Hogwarcie artykuły. Zostało już tylko kupno różdżki.
- W Gryffindorze. Tak jak cała moja rodzina - odparł beznamiętnie.
Dziewczynka odebrała to jako niezadowolenie pana Weasley'a. Wydawało się, że chciał czymś się wyróżnić pośród rodzeństwa. Choćby innym niż wszyscy domem w Hogwarcie.
- A pana żona?
- Ona też. I większość moich przyjaciół.
- W jaki sposób jest to przydzielane? - zapytała bystro. - Jakiś test...?
- Nie - mężczyzna uśmiechnął się. - Kiedyś starsi bracia straszyli mnie walką z trollem - by uspokoić zdenerwowaną jedenastolatkę szybko dodał - Ale tak naprawdę polega to na zupełnie czymś innym! Zakłada się taką starą tiarę zwaną Tiarą Przydziału. Ona nigdy nie myli się, przy przydzielaniu. A przynajmniej tak się mówi... - rudy wzruszył ramionami. - O, jesteśmy. Witaj u Olivanderów.
***
- Hugo, spokojnie. Zobaczycie się przecież na peronie! - zaśmiała się Hermiona, na widok ściskających się chłopców.
- Coś czuję, Hermiono, że czeka nas trudne zadanie - zachichotała pani Potter.
Harry poprawił okulary na nosie i wyciągnął z kieszeni różdżkę.
- Aguamenti
Dzieci zostały oblane strumieniem wody, niczym w Lany Poniedziałek. Z piskiem odskoczyły od siebie, po czym zaczęły uciekać od Pottera i jego różdżki.
- Harry, dość - mruknęła Ginny. - Zobacz, Albus jest już cały mokry. Przewieje go i się pochoruje.
- Spokojnie, Gin, poradzimy sobie! - uśmiechnęła się pani Weasley. - Stary, mugolski sposób: witaminki, gorące mleko z miodem i do łóżka.
Harry niecierpliwie zerknął na zegarek.
- Rozumiem, musicie już iść. Wystarczyło powiedzieć - prychnęła Hermiona.
- To wszystko on! - Ginewra ze śmiechem przytuliła przyjaciółkę, po czym zebrała swoje dzieci i ruszyła za mężem w stronę Dziurawego Kotła.
***
Oliver Well siedział sam w kawiarence na rogu, przyglądając się przechodzącym czarodziejom. "Prawie same szlamy... Gdzie się podziały prawdziwe rody czystej krwi?"
Jego uwagę zwróciła niewysoka blondynka, stojąca do niego tyłem. Miała w sobie coś intrygującego, przez co nie mógł oderwać od niej oczu. Śledził każdy jej ruch. Wyglądała, jakby się zgubiła.
Podjął błyskawiczną decyzję i wstał z krzesełka, wciąż mając wzrok utkwiony w tajemniczej blondynce.
W końcu żadna czarownica nie odeprze uroku szukającego Ślizgonów!
***
- Scorpius, masz wszystko? - zapytał po raz kolejny Draco Malfoy.
- Tak mi się wydaje, tato.
Chłopak był niespokojny, wciąż rozglądał się wokół, jakby kogoś szukając.
- Kogo wypatrujesz? Olivera? - jasnowłosy mężczyzna powoli tracił cierpliwość do syna.
- Ni... Tak.
W tłumie zakupowiczów, tuż przed nimi co chwila migała ruda czupryna. Obok niej, dużo niżej można było dojrzeć czarną grzywę jedenastolatki.
- Pójdę... go poszukać - mruknął do ojca czternastolatek i pomknął przez tłum.
***
W małym, zakurzonym wnętrzu rozległ się dzwoneczek. Przez próg przeszli Melissa z Ronem.
Sklep Olivanderów był niewielki i dość pusty. Od podłóg do sufitów, na ścianach były zamontowane półeczki, na których stały pudełeczka. Praktycznie jedynym meblem było tu nieduże, drewniane krzesełko.
Melissa miała wrażenie, że powietrze było tu przesycone czymś niezwykłym, że nawet kurz nie jest tu normalny. Dziewczynka po raz pierwszy poczuła magię.
- Witam.
Klienci odwrócili się w stronę głosu. Przed nimi stał niewysoki mężczyzna o bardzo jasnych tęczówkach i krótkich, ciemnych włosach. Melissa dała mu ze czterdzieści lat.
- Dobry wieczór - odparł pewnie Ron.
- Kogóż nam tu znowu oan Weasley przyprowadził? Jak się nazywasz, dziewczynko...?
- Carlstone. Melissa Carlstone - odparła niepewnie.
- Meli... - sprzedawca popatrzył na nią niepewnie. - W porządku. - odetchnął głęboko. - Zaraz coś ci znajdziemy.
Kiedy Olivander zniknął pośród półek z różdżkami, jedenastolatka zerknęła pytająco na pana Weasleya, na co on pokręcił głową: "nie mam pojęcia".
Nagle wokół dziewczynki zaczął się uwijać metr krawiecki. Mierzył ją z każdej możliwej strony.
- Dość - mruknął sprzedawca, niosący stertę pudełeczek. - Zacznijmy od dębu. Trzynaście cali. Serce smoka.
- Machnij - cicho podpowiedział Ron.
Melissa już miała wykonać zamach, kiedy Olivander wyrwał jej różdżkę z dłoni.
- Lepiej spróbuj tej. Giętka. Wierzba. Dziesięć cali. Róg jednorożca.
Sytuacja powtórzyła się. Dziewczynka nawet nie zdarzyła różdżki podnieść, kiedy została jej wyrwana.
- Kasztanowiec, pióro feniksa, dwanaście cali... Ostrokrzew, dziewięć i pół cala, włos gryfa... Jałowiec, czternaście cali, serce smoka...
Sprzedawca zdawał się być coraz bardziej podekscytowany.
- Spróbujmy jeszcze tę - mruknął, gdy stos wypróbowanych różdżek był wyższy od jedenastolatki. - Siedem cali. Heban. Szpon feniksa... Będzie twarda, ale może, może...
Tuż po dotknięciu drewna Melissa poczuła mrowienie w palcach. Zamachnęła się, Olivander nie wyrwał jej różdżki. Z jej końca zaś posypały się złoto-czerwone iskry.
- Więc jednak... - sprzedawca mruczał coś do siebie, po czym nagle głośno powiedział - Będzie pani niezwykłą czarownicą. Pani różdżka już na to wskazuje. Jest tylko jeden feniks, który oddał coś więcej niż jedno pióro. Oddał dwa pióra i szpon. Jedno pióro miał w swojej różdżce Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Drugie należy do Harry'ego Pottera. A szpon trafił się tobie. Niezwykłe.
Sprzedawca wcisnął pudełeczko w ręce Rona i przyjął kilka złotych monet od dziewczynki.
- Życzę miłego dnia! - krzyknął jeszcze Olivander za wychodzącymi.
Kiedy odeszli kawałek zatłoczoną Pokątną, Melissa zapytała:
- Kim był Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać?
- Potężnym, ale potwornie złym czarodziejem - odparł szybko rudy. - Chodź, znajdziemy Hermionę, Rosie i Huga...
*hubiki - małe szkodniki atakujące mandragory, Neville twierdzi, że jest tego coraz więcej i że już by można było to nazwać swoistą epidemią.
______________________________________
Mam nadzieję, że Was nie zamuliłam tym rozdziałem... ;3
Wyszedł jak na mnie dłuuuuuugi, jak widzicie ;p
Dedyk dla Hermioniji i Rexi za ich miłe słowa ;>
Mam nadzieję, że się podoba ;>
Wszelkie uwagi proszę piszcie w komentarzach, ułatwi to ogarnianie tego wszystkiego :) Każda opinia się liczy!
Życzę zdrowia na te zimne dni!
Wasza Cupcake.
PS Zapraszam również tutaj.

sobota, 9 marca 2013

Melissa Carlstone, czyli wielka nieświadomość. Rozdział IV: Bank czarodziejów

Śnieżnobiały budynek królował na całej Pokątnej. Melissa chłonęła wzrokiem wszystko wokół siebie, idąc po białych, kamiennych schodkach.
- Co to jest? - zapytała Weasley'a, wskazując stworka o śniadej, chytrej twarzy, spiczastej bródce, długich palcach i stopach o wzroście przybliżonym jedenastolatce. Ubrany był w szkarłatno-złotą liberię i stał przy drzwich do budynku.
- To goblin - odparł Ron prowadząc dziewczynkę do potężnych drzwi z brązu.
Goblin ukłonił się im, kiedy go mijali.
Za drzwiami z brązu kryły się drugie, tym razem srebrne. Ron chciał iść dalej, jednak dziewczynka przystanęła, by przeczytać wiersz wygrawerowany na wrotach.
- Wejdź tu, przybyszu, lecz pomnij na los, tych, którzy dybią na cudzy trzos. Bo ci, którzy biorą, co nie jest ich, wnet pożałują żądz niskich swych. Więc jeśli wchodzisz, by zwiedzić loch i wykraść złoto, obrocisz się w proch. Złodzieju, strzeż się, usłyszałeś dzwon co ci zwiastuje pewny, szybki zgon. Jeśli zagarniesz cudzy trzos, znajdziesz nie złoto, lecz marny los - tekst wywarł na dziewczynce niemałe wrażenie tak, że już przy czwartej linijce zaczął drżeć jej głos.
- Spokojnie, Melisso. Nie jesteśmy złodziejami. Jednak radzę nigdy nie próbować się tu włamywać - rudzielec położył rękę na ramieniu jedenastolatki i popchnął ją lekko do przodu.
Weszli do wielkiej marmurowej sali, wokół której ścian ciągnął się długi kontuar, za którym siedziało mnóstwo goblinów. Jedni zapisywali coś w wielkich księgach, inni odliczali na wagach monety, jeszcze inni zaś przyglądali się przez lupy błyszczącym w świetle kamieniom. Cała sala roiła się od stworków wskazujących klientom któreś z nieskończonej ilości  drzwi, ukrytych w ścianach banku.
- Witaj w Banku Gringotta - szepnął dziewczynce pan Weasley, podchodząc do kontuaru.
Melissa nie mogła oderwać wzroku od jednej z czarownic. Miała ona długie, jasne włosy i jasną cerę. Żywo gestykulując kłóciła się cicho z jednym z urzędników.
- Dzień dobry - głos Rona odwrócił uwagę jedenastolatki od awanturującej się czarownicy.
- W czym mogę szanownemu państwu pomóc? - zapytał goblin, wychylając się zza kontuaru, by przyjrzeć się dokładniej swoim klientom.
- Jestem Ron Wealsey i chciałabym dostać się do swojego sejfu.
- Ma pan klucz?
- Jasne - goblin już obracał w palcach wspomniany przedmiot.
- W porządku. Coś jeszcze?
- To jest Melissa Carlstone - urzednik zsunął okulary na czubek nosa i kiwając głową, spojrzał krytycznie na dziewczynkę. - Jest z rodziny niemagicznej i chciałaby wymienić pieniądze.
- Nie będzie to konieczne - odparł goblin, po czym schylił się i wyciągnął zawiniątko z jednej z szuflad. - Proszę, szanowna pani, oto klucz do pani sejfu.
Melissa niepewnie chwyciła podawany przed stworka przedmiot.
- Jak to...? - zapytał zdezorientowany Ron. - Przecież czarodzieje z rodzin niemag...
- Ona jest wyjątkowa. Ktoś oddał jej część swojego majątku... I nie, nie powiem kto - odparł urzednik. - Potrzeba kogoś, kto was zaprowadzi do waszych krypt- mruknął po chwili ciszy. - Gryfek! - krzyknął.
Właśnie wywołany goblin akurat kłócił się z blond czarownicą. Razem z nią podszedł do Weasley'a i Melissy.
- Proszę za mną.
Dziewczynka jak zahipnotyzowana wpatrywała się w energiczną kobietę, wciąż kłócącą się z Gryfkiem.
- Luna...? - Ron z zaskoczeniem zatrzymał się i złapał czarownicę za ramię.
- Ron! - jasnowłosa odwróciła się i rzuciła mężczyźnie na szyję.
- Gdzieś ty się podziewała? - zapytał, gdy go puściła.
- A gdzie mnie nie było! - zachichotała. - Lecicie do krypt? No to nie będę przeszkadzać, bo muszę tu znaleźć jakiegoś goblina, który łaskawie mi powie co się stało z moim kluczem. Na wszystkie glęgatki, jestem pewna, że to ten! No, do zobaczenia Ronie Weasley! - rozległ się trzask i już jej przy nich nie było.
- Kto to był? - cicho zapytała ciemnowłosa dziewczynka.
- Długo by opowiadać... Stara znajoma...

***

Z brzęczącą u boku sakiewką Melissa wraz z Weasley'em ruszyła na Pokątną.
- Skąd ty masz tyle pieniędzy... - zastanawiał się głośno rudzielec.
- Pan goblin powiedział, że ktoś dał mi część majątku... - mruknęła, wzruszyła ramionami i zaczęła przyglądać się witrynom sklepów. - Od czego zaczniemy?
- Zerknij na listę z listu - podpowiedział jej Ron. - Tam masz wypisane wszystko, co będzie ci potrzebne.
Dziewczynka posłusznie wyciągnęła z torby kopertę z herbem Hogwartu i wzięła do ręki listę z potrzebnym wyposażeniem.
- Czytaj.
- A więc tak...
HOGWART
SZKOŁA
MAGII I CZARODZIEJSTWA

Umundurowanie
Studenci pierwszego roku muszą mieć:
1. Trzy komplety szat roboczych (czarnych)
2. Jedną zwykłą spiczastą tiarę dzienną (czarną)
3. Jedną parę rękawic ochronnych (ze smoczej skóry albo podobnego rodzaju)
4. Jeden płaszcz zimowy (czarny, zapinki srebrne)
UWAGA: wszystkie stroje uczniów powinny być zaopatrzone w naszywki z imieniem.

Podreczniki
Wszyscy studenci powinni mieć po jednym egzemplarzu następujących dzieł:
Standardowa księga zaklęć (1 stopień) Mirandy Goshawk
Dzieje magii Bathildy Bagshot
Teoria magii Alberta Wafflinga
Wprowadzenie do transmutacji (dla początkujących) Emerika Switcha
Tysiąc magicznych ziół i grzybów Phyllidy Spore
Magiczne wzory i napoje Arseniusa Jiggera
Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć Newta Scamandera
Samoobrona magiczna Grindy Heffels

Pozostałe wyposażenie
1 różdżka
1 kociołek (cynowy, rozmiar 2)
1 zestaw szklanych lub kryształowych fiolek
1 teleskop
1 miedziana waga z odważnikami
Studenci mogą także mieć jedną sowę ALBO jednego kota, ALBO jedną ropuchę.

PRZYPOMINA SIĘ RODZICOM I OPIEKUNOM, ŻE STUDENTON PIERWSZYCH LAT NIE ZEZWALA SIĘ NA POSIADANIE WŁASNYCH MIOTEŁ.

- To zacznijmy od szat - powiedział Ron, po czym ruszyli Pokątną w stronę sklepu madame Malkin.

***

- No Well, a teraz powiedz mi, jak sprawdzimy, czy ktoś z jej rodziny nie jest czarodziejem?
- Jak to jak! - prychnął ciemnowłosy. - Zapytamy się jej. Podliżesz się, jak to potrafisz najlepiej, Malfoy. I poznamy odpowiedź.

_________________________________________________

Przepraszam, ze tak długo kazałam Wam czekać!

Postaram się teraz ponadrabiać zaległości ;>

Dedyk dla wszystkich czytających ;*

Wasza Cupcake.

PS Zapraszam również tutaj.

wtorek, 19 lutego 2013

Melissa Carlstone, czyli wielka nieświadomość. Rozdział III: Pokątna

Gdy przekroczyli próg pubu Melissa nadal nie wierzyła, że magiczne miejsce jest takie obskurne.
Jednak Weasley'owie zachowywali się swobodnie toteż jedenastolatka spróbowała się rozluźnić. Rozejrzała się po pomieszczeniu.
Całkiem jak w każdym innym pubie. Stoliki, bar... W kącie siedziała jakaś dziwna czarownica z kryształową kulą.
- Dzień dobry, pani Trelawney! - wykrzyknęła Hermiona.Ron tylko przewrócił oczami i powiedział:
- Jak się pani ma, pani profesor? - po czym cicho dodał: - komu tym razem przepowie pani śmierć?
- Witajcie - odparła dziwna kobieta, wodząc wzrokiem po wszystkich przybyłych. - Proszę, proszę, kolejne dziecko, panie Weasley? Tylko czemu czarne? Pamiętam, przepowiedziałam kiedyś panu właśnie czarne dziecko... Myślałam o murzynku a tu...
- Sybillo!
Czarownica spojrzała w kierunku baru.
- Może jeszcze whisky?
Kobieta przeprosiła i pobiegła do barmana.
- Możemy iść? - zapytał niepewnie ojciec rudzielców.
Brew Hermiony nagle podjechała bardzo blisko linii włosów.
- Okej, już się zamykam.
***
- Scorpius, idziesz? - Draco Malfoy nie mógł odciągnąć czternastoletniego syna od witryny sklepu z miotłami.
- A kupisz mi taką, tato?
- Scorpius, mamy teraz ważniejsze wydatki.
Chłopak przewrócił swoimi szarymi oczami i ruszył za ojcem.
- Tato, czekaj, tam jest Oliver. Mogę pójść z nim kupić nowy kociołek?
- Nie. Możesz pójść z nim do kawiarenki, tam, na rogu. - Draco wcisnął synowi do ręki pieniądze.
- Dzięki!
Blondyn pognał do swojego ciemnowłosego kolegi.
***
Ruda kobieta szła wtulona w ramię swojego ciemnowłosego męża. Ich dzieci biegały po Pokątnej, przyglądając się wystawom.
- Tato... - do Harry'ego podbiegł szesnastoletni chłopak. - Widziałeś? W sklepie miotlarskim jest Błyskawica!
Okularnik uśmiechnął się do syna.
- Na Błyskawicy to i ja latałem...
- Nimbusy też są!
- A co to, moda na stare modele? - Ginny spojrzała na Jamesa z uśmiechem.
- Chyba tak - chłopak wzruszył ramionami. - Ale jest też najnowszy Thunder!
- Teraz korzystasz ze swojego Tornada przecież... - stwierdziła niepewnie matka chłopca.
- Teraz, James, trzeba zająć się najpotrzebniejszymi zakupami. Później tam zajrzymy.
Chłopak poczłapał dalej, niezadowolony.
***
- Trzy w górę... dwie w lewo... - wymamrotał Ron przed murem.
Melissa nie widziała w murze nic szczególnego. Cegły. Cegły. No i jeszcze cegły. Jednak pan Weasley wiedział, gdzie stukną, by ukazać Pokątną.
Oczom jedenastolatki ukazała się ulica dziwolągów. Chodzili z kotłami, wielkimi książkami, w ciemnych szatach i spiczastych tiarach.
- Mamo, patrz! Widzisz tam? To chyba Lily! - odezwał się rudy chłopczyk.
- Hugo, masz oko, może zostaniesz szukającym? - ojciec poklepał go po razmieniu, na co dwunastolatek się zaczerwienił. Bardzo lubił być chwalony przez rodziców. Częściej chwalili przemądrą Rose, co bardzo go denerwowało.
Weasley'owie wraz z czarnowłosą jedenastolatką zaczęli iść w stronę księgarni, gdzie właśnie zniknęli Potterowie.
- A... Melisso, masz jakieś pieniądze?
- Tak... - mruknęła speszona dziewczynka. - Trzysta euro...
Kobieta spojrzała niepewnie na męża.
- Tu płaci się troszeczkę innymi pieniędzmi...
Zielone oczy wpatrywały się w panią Weasley z niedowierzaniem. "Przecież teraz wszędzie można płacić w euro!"
- Ron, pójdź z nią do Gringotta, załatw wszystko.
Jedenastolatka wraz z panem Wealey'em ruszyli w stronę największego budynku na Pokątnej.
Całej scenie przyglądali się z kawiarenki Scorpius z Oliverem.
- Dam piętnaście galeonów, że w jej rodzinie nie ma czarodziei od minimum pięciu pokoleń - warknął Well.
- Okej. Ja tyle samo.
- To przegrasz, Malfoy. - syknął ciemnowłosy.
- Zobaczymy Well - warknął blondyn.
__________________________________________
O jest :D Kolejny rozdział magicznej historii Melissy ;)
Przepraszam za marne opisy - brak weny :(
Mam nadzieję, że się podoba :)
Zostawcie, proszę swoje opinie!
Będę bardzo wdzięczna :*
Magicznych dni!
Wasza Cupcake.

piątek, 8 lutego 2013

Melissa Carlstone, czyli wielka nieświadomość. Rozdział II: Kocioł

Pod niewielką, granatową parasolką kuliły się dwie kobiety. Od kilku godzin kręciły się po ulicach Londynu, próbując dotrzeć w wyznaczone w liście miejsca według podanych wskazówek. Miranda nigdy nie miała dobrej orientacji w terenie.
- Mamo, tu piszą...
- Ciiii... Szukam. Znajdę!
Krążyły dalej, mokrymi ulicami stolicy.
***
W strugach deszczu, żwawym krokiem maszerował Oliver Well. Ciemne oczy prześlizgiwały się po twarzach ludzi. "Sami mugole" - pomyślał, po raz kolejny patrząc w oczy mijającej go dziewczyny. Gardził niemagicznymi, charłakami i szlamami. Tylko czarodzieje czystej krwi mieli według niego prawo do życia. Wszystkich innych najchętniej zmiótłby jakimś porządnym zaklęciem z powierzchni ziemi. No, może zlitowałby się jeszcze nad czarodziejami półkrwi, bo każdemu zdarzają się błędy. Jednak nie wszystkich półkrwi by ułaskawił, co to to nie Oliver.
***
Samochód mknął ulicami Londynu.
- Skręć w prawo - mruknęła kobieta o kasztanowych włosach. - Naprawdę nie potrafisz nawet trafić do Kotła?
- Kochanie, jeździmy tędy bardzo rzadko. Według mnie to normalne, że zapomina się drogi. - rudzielec spojrzał czule na żonę. Z tyłu słychać było chichot dzieci.
- Ron, patrz na drogę. Nie jestem ulicą, a ty zaraz wjedziesz w samochód przed nami... HAMUJ!
***
Czarnowłosy mężczyzna poprawił okulary na nosie i zgasił silnik.
- No, wysiadamy, kochani - uśmiechnął się odpinając pas. - Pora na zakupy.
Rodzina wyskoczyła z auta i, naciągając kaptury, pomknęli w stronę budynku, który wszyscy przechodzący ulicą mijali z obojętnością.
***
- Zobacz mamo! Księgarnia i sklep z płytami! To musi być tu! - jedenastolatka pobiegła przed siebie. Zatrzymała się przed zapuszczonym pubem. - Zobacz! Jest szyld "Dziurawy Kocioł" - szepnęła, gdy doszła do niej kobieta z granatową parasolką.
- Nie widzę tu nic, Melisso...
Dziewczynka zamrugała powiekami z niedowierzaniem.
- Jak to?
Blondynka rozejrzała się wokół.
- No jest księgarnia. A tu wspomniany sklep... Ale pubu nie widzę.
Melissa patrzyła na matkę zadziwiona. Jak to - nie widzi? Przecież tu stoi! Jest księgarnia i sklep z płytami... No i pub! Dziurawy Kocioł. Jak we "wskazówkach"...
- Mamo... mogę ten list? - poprosiła.
Miranda wyjęła pomiętą kopertę i podała córce. Ta chwyciła "Wskazówki dla uczniów z mugolskich rodzin" i zaczęła uważnie czytać.
- Ojej... Mamo... Chyba wiem dlaczego nie widzisz - podniosła zmartwione, zielone oczy na blondynkę. - Tu jest napisane, że tylko czarodzieje mogą zobaczyć Dziurawy Kocioł. Że niebezpiecznie jest wprowadzać niemagicznych w miejsca zapełnione uzbrojonymi w różdżki czarodziejami i czarownicami.
Dorosła kobieta westchnęła i ze smutkiem w głosie szepnęła:
- Idź, Meli. Kup wszystko czego potrzebujesz. Ja będę tu... gdzieś. Masz telefon?
- Tak - odparła jedenastolatka.
Była przerażona. Po raz pierwszy w życiu miała wejść w świat magii i to sama.
***
- Brawo Ron - warknęła żona rudzielca. - Tylko dwie ledwo uniknięte stłuczki! Sukces... No i już po półtorej godziny błądzenia znalazłeś Dziurawy Kocioł. Normalnie mistrzostwo - zdenerwowana odpięła pas i dodała - Hugo, Rosie, zbierajcie się. Idziemy.
Rodzina Weasley'ów wysiadła z auta i ruszyła między księgarnię a sklep z płytami wprost na pub.
Drobna dziewczynka stała z blond kobietą pod granatową parasolką, dość niepewnie patrząc w stronę Dziurawego Kotła.
- Hm... Pomóc paniom w czymś? - zapytała uprzejmie Hermiona.
- Ja... znaczy...
- Idą państwo do... Dziurawego Kotła, prawda? - zapytała Miranda, przyglądając się rodzince.
- Tak - odparł rudy mężczyzna. - A o co chodzi?
- Ja... Nie jestem czarownicą a moja córka dostała się do Hogwartu - odparła kobieta szeptem. - I nie chcę jej wysyłać na zakupy samej, a ja nie mogę pójść z tego co wiem...
Melissa przypatrywała się mamie niepewnie. Chciała zostawić ją z jakimiś nieznajomymi rudzielcami? Nie słyszała co o takich mówią?
- Zajmiemy się pani córką, nie ma sprawy - uśmiechnęła się pani Weasley. - Sama miałam podobny problem, wiem co czujesz, mała. Jak się nazywasz?
- Melissa Carlstone. - odparła jedenastolatka otulona szczelnie płaszczem.
- Nie ma się pani o co martwić, pani Carlstone. Zajmiemy się Melissą - powiedział Ron z uśmiechem. - Przy okazji, nazywam się Ronald Weasley, to moja cudowna żona Hermiona i nasze dzieci: Rose i Hugo.
- Leje jak z cebra - mruknęła Hermiona. - Ruszmy się lepiej, bo nas zaleje!
Miranda Carlstone pożegnała się z córką oraz z miłymi Weasleyami i ruszyła w stronę księgarni.
***
- Pierwszy rok, tak Melisso? - zagadnęła miło pani Weasley jedenastolatkę, gdy wchodziły do pubu.
Dziewczynka nie odpowiedziała. Wygląd budynku zaskoczył ją. Ciemno. Pusto. Brudno. I tu ma być przejście do magicznego świata?
__________________________
Z wielkim trudem napisany, ale jest :D Wena mnie opuściła, ale (cytując Mariusza) "usiadłam i napisałam".
Dedyk dla wszystkich czytających to pottermaniaków ;***
Mam nadzieję, że się spodoba...
Zostawcie komentarze, będę wdzięczna ;>
Miłego weekendu :D
Wasza Cupcake.

sobota, 2 lutego 2013

Melissa Carlstone, czyli wielka nieświadomość. Rozdział I: List

Pulchna kobieta wbiegła do pokoju. Widok, który tam zastała przerósł jej oczekiwania. Jej córka stała z dziwną miną pod oknem, trzymając w ręce kartkę papieru. Obok niej, na puchatym fioletowym dywanie leżała ozdobna koperta. Na oparciu sofy zaś siedziała duża, brązowa... sowa. Ruda kotka schowała się za wielką donicą z fikusem, stojącą w kącie salonu.
- Coś się stało, Melisso? - zapytała niepewnie, odgarniając kosmyk kręconych blond włosów, które sięgały jej do połowy pleców.
- Maaaamo... - zaczęła dziewczyna stojąca pod oknem. - Ja... List... Sowa... Gordon... Szkoła... I no... ugh...
- Kochanie... Po kolei. Może zaczniemy od wypuszczenia tej wielkiej sowy? - zapytała dorosła kobieta.
Melissa kiwnęła głową i posłusznie otworzyła szerzej okno, by ptak mógł wyfrunąć. Kiedy brązowa plama zniknęła na niebie, dziewczyna odwróciła się do swojej matki, która zdążyła uspokoić zdenerwowaną kotkę i wygodnie rozsiąść się z nią na kanapie.
- Teraz, Meli, opowiedz mi spokojnie co się stało.
- Sowa przyniosła list - bąknęła dziewczyna pod nosem.
- Podasz mi kopertę? Chciałabym się jej przyjrzeć...
Blondynka uśmiechnęła się do swojej córki. Choć były różne pod każdym możliwym względem były swoimi najlepszymi przyjaciółkami. Mogły powiedzieć sobie wszystko... prawie. Matka przyglądała się czarnowłosej córce z zaciekawieniem. Wiedziała, jaki list dostała nastolatka. Domyślała się tego od lat. Dziewczynka była tak różna od wszystkich członków rodziny... Oprócz jednego, owianego mgiełką tajemnicy. Mało kto o nim wspominał. Wszyscy udawali, że nawet nie istniał...
- Proszę, mamo...
Kobieta zaczęła z zaciekawieniem oglądać list i kopertę. Ta ostatnia była z bardzo delikatnego, drogiego papieru, zaadresowana pięknym, starannym pismem:
Melissa Anne Carlstone,
Privet Drive 8
Było na niej też piękne godło, którego znaczenia kobieta nie umiała rozszyfrować.
- Kochanie... Gratuluję - wyszeptała po przeczytaniu treści listu. Ile razy sama marzyła, by dostać taki sam...
- Ale mamo! - powiedziała jedenastolatka z wyrzutem. - Co z moją szkołą gastronomiczną? Co z moimi planami? Mam rzucić wszystko, bo jakaś sowa przyleciała z przywiązanym do nóżki liścikiem? No proszę cię... Dostałam się do wymarzonej szkoły, która miała nauczyć mnie zawodu... Mam to zostawić?
Blondynka nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Nie przypuszczała, że zielonooka córka jest zdolna do takich wybuchów.
- No i co na to tatuś? - dodała dziewczyna kończąc swoją wypowiedź.
"Tatuś? - pomyślała kobieta. - Tatuś to już dawno zwiał... A twoje wyobrażenia o nim, córciu..."
- Alex byłby z ciebie dumny, gdziekolwiek byś nie trafiła... - wspomnienie czułych czarnych oczu i rudej czupryny przez chwilę zamgliło oczy matki.
- No i właściwie... Kiedy on wraca? Dawno nie pisał... - mruknęła dziewczynka.
- Tego nie jestem w stanie powiedzieć... - odparła wymijająco pani Carlstone. - Lepiej zajmijmy się twoimi przygotowaniami do wyjazdu do Hogwartu!
- Ale...
- Żadnych "ale"! Jedziesz tam i już! Zobaczysz, spodoba ci się tam...

***

Czarnowłosa leżała na łóżku, mnąc w dłoniach kartkę, którą przyniosła sowa.
Ze względu na to, ma opuścić szkołę gastronomiczną? Wymarzoną karierę? Jakiekolwiek szanse na spotkanie z Gordonem? Bezsens. Nie będzie się tam tak dobrze bawić jak z Blaise! Nie ma szans!
Z Blaise znały się od piaskownicy. Zawsze razem. Była jej najlepszą przyjaciółką, zaraz po mamie.
Jedenastolatka uśmiechnęła się mimowolnie, gdy przez głowę zaczęły jej przelatywać wspomnienia dawnych zabaw we trzy.
- Skarbie, kolacja!
Dziewczyna niechętnie wstała i powlokła się do kuchni.
- Jutro wyruszymy na poszukiwanie miejsc z tych wskazówek z listu, dobrze? Nie martw się, wszystko będzie okej! Napewno!
Nastolatka wzruszyła ramionami. Nie chciała tam iść. Gdziekolwiek to było. A mama dziwnie entuzjastyczne była nastawiona do owego Hogwartu. W przeciwieństwie do tego, jak reagowała na plany jej i Blaise co do stworzenia sieci restauracji niczym te Gordona...
- Mamo... Co ty tak się cieszysz tym listem? - powiedziała z buzią pełną spagetti.
- Najpierw zjedz. Potem porozmawiamy - ucięła dyskusję blondynka.
Stwierdziła, że to jeszcze nie czas by uświadomić córkę. Za szybko, by się wszystkiego dowiedziała. Po kolacji wykręciła się od poważnych dyskusji migreną.
Życzyła córce kolorowych snów i udała się do swojej sypialni.
Mieszkanie Carlstone'ów nie było duże. Wynajmowali pięterko u miłych państwa Duckrock'ów. Starsze małżeństwo uwielbiało towarzystwo dwóch kobiet, a szczególnie Melissy. Bardzo przypominała im kogoś, choć sami nie bardzo pamiętali kogo (ach, ta skleroza... a może coś innego?).
Na piętrze znajdowały się dwie sypialnie, salon, łazienka i mała kuchnia. Niewiele, ale im to wystarczało.

***

Dorosła kobieta, siedząc na łóżku, przeglądała stare zdjęcia.
Ona i Alex. Jeszcze w szkole, na balu gdy mieli po jakieś dziewięć lat. On, ze starannie ulizanymi włosami i ona, w sukieneczce w róże stojący przy wielkim reniferze.
Znów ona i Alex. Nieco starsi. Może dziesięcio- czy jedenastolatkowie bawiący się przy stawie w parku.
Na kolejnym zdjęciu przerażona blondynka spoglądająca na swój brzuch. Jej matka zawsze wiedziała, kiedy chwycić za aparat. To wtedy pd sercem zaczęła nosić niepokorne dziecko, które teraz wyrosło na ciemnowłosą Melissę.
Na kolejnej fotografii był sam Alex. Elegancko ubrany, wręcz nie do poznania. Z tyłu był napis:
Kochanej Mirandzie, z okazji rozstania - Alex
Nie mógł być bardziej perfidny. Dostała to zdjęcie dzień po urodzinach, w  dziewiątą rocznicę ich pierwszego spotkania...
Po policzku spłynęła jej łza. Kochała tego chłopaka. Rozstali się, gdy Melissa miała pięć lat, a jednak dla dziewczynki często przyjeżdżał opowiadając niestworzone historie o tym, co robił w czasie, gdy był poza domem. Mała niw miała pojęcia, że jej rodzice już od dawna się nie kochają. Na dodatek Alex był już zaręczony...
Zdenerwowana otarła łzę.
Znalazła jeszcze starsze zdjęcia, ale tych nie miała siły oglądać. Była na nich jej matka. Także pulchna blondynka o ciemnobrązowych, prawie czarnych oczach. Łzy kapały teraz na pościel i fotografie. Kobieta nie chcąc poniszczyć pamiątek, schowała je do starego pudełka i wsunęła pod łóżko. Potem rozpłakała się rozpaczliwie w poduszkę, pozostawiając na niej ślady tuszu i smutku.

***

Za ścianą czarnowłosa jedenastolatka uporczywie wpatrywała się w kawałki papieru porozrzucane po całym pokoju.
Czytała to już tysiąc razy, ale ciągle jej było mało.
Wiadomości od taty przychodziły coraz rzadziej. Nie widziała go od dawna. Tęskniła. Bardzo...
Potrząsnęła głową, by odgonić smutne myśli i zaczęła porządkować listy chronologicznie.
Gdy skończyła jeszcze raz przeczytała najnowszy list ("Niedługo napiszę, kochanie, ale teraz muszę już zająć się przyprawianiem krabów... Buziaczki, Tatuś").
Łza uciekła spod jej gęstych, czarnych rzęs. Zdenerwowana wytarła ją wierzchem dłoni i schowała listy od ojca.
Na wierzchu została tylko jedna koperta. Ta, przez którą musiała zmienić wszystkie swoje plany. Ta, przez którą nie wiedziała, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczy Blaise. Ta, przez którą musi szukać ulicy Pokątnej, dziwnego Dziurawego Kotła, peronu 9 i 3/4 czy książek do przedmiotów takich jak transmutacja czy zielarstwo.
Bezsens.
Miała uczyć się gotować idealne zupy, wykorzystywać przegrzybki (cokolwiek to jest musi być dobre - tak często wspomina o tym składniku Gordon w swoich programach...), czy przyprawiać kraby jak ojciec.
Podobno świetnie gotował... Nie pamiętała tego. Gdy zaczął podróże miała tylko pięć lat, z tego co pamiętała...
Niechętnie chwyciła ozdobną kopertę i, po raz kolejny, wyciągnęła jej zawartość: list od McGonagall, listę książek i "Wskazówki dla uczniów z mugolskich rodzin"... Cokolwiek to ostatnie znaczyło. Z westchnieniem zaczęła znów czytać wszystko od początku do końca, szukając haczyków, ukrytego sensu czy czegokolwiek, co pomogłoby jej zrozumieć, dlaczego akurat ona miała rezygnować z marzeń na rzecz dziwnej szkoły zwanej Hogwartem.

***

Dwie niewyspane twarze spotkały się w kuchni nad omletami. Stara, przemiła pani Duckrock przygotowała im szwedzki stół co czasem zdarzało się gdy miała dobry humor lub bezsenną noc.
- Jak się spało, kochane? - zapytała skrzeczącym głosem, gdy dobrały się do swoich śniadań.
- Jakoś - odparła wymijająco Miranda Carlstone.
- W miarę - rzuciła jej córka. - A pani?
- Nie mogłam spać. Ten młody Dursley daje się we znaki. Słychać go na całej ulicy! - narzekała starsza kobieta.
Śniadanie upłynęło na słuchaniu narzekania na "tego młodego Dursleya" i żartach co do pana Duckrocka, który nadal spał w najlepsze.
Posiłek był smaczny i pożywny - z pani Duckrock była wyśmienita kucharka (jeden z powodów jej wielkiej sympatii do Melissy - nie ma to jak wspólne hobby). Najadły się i nabrały sił by wyruszyć na poszukiwanie magii.

***

Do rozpoczęcia roku miały tydzień. Melissa chciała jeszcze pożegnać się z przyjaciółką... Wiedziała, że jak już ruszą z mamą na tą nieznaną im Pokątną, to z ich wiecznym szczęściem zaraz po zakupach tam będą musiały rozstać się na tajemniczym peronie.
Postanowiła jeszcze przed podróżą spotkać się z Blaise i wszystko jej opowiedzieć. Była bardzo ciekawa reakcji dziewczyny, z którą spędziła najlepsze chwile życia.
"Jak ja bez niej przeżyję? - zastanawiała się Melissa, pakując w plecak napotrzebniejsze rzeczy. - Będziemy musiały się często kontaktować... tylko jak? Haha, może przez sowy?"
__________________________________________
Ufff... I jest pierwszy rozdział ;)
Mam nadzieję, że się spodoba ;>
Komentujcie, proszę, nawet nie macie pojęcia jakiego kopa to daje!
Przypominam, iż osoby niezalogowane na Google też mogą komentować - Anonimki mile widziane c(;
Dedyk dla Hermiony Granger za pomoc przy ogarnianiu wyobrażenia o Hogwarcie ;*
W każdym razie... Miłego weekendu :D
Wasza Cupcake.

niedziela, 20 stycznia 2013

Melissa Carlstone, czyli wielka nieświadomość. Prolog.

Leniwie przyglądałam się gotowaniu w kuchni Gordona Ramseya co raz to wyglądając przez okno na puste ulice. Obok mnie leżała ruda kotka, mrucząc cichutko. W pewnym momencie krzyki rozwścieczonego Gordona ("I TY TO CHCIAŁEŚ PODAĆ MOIM GOŚCIOM?!") przerwało cichutkie stukanie w szybę. Jako że jestem strasznie leniwa w pierwszej chwili postanowiłam to zignorować.
Jednak pukanie nie ustało i zaczęło być coraz głośniejsze i bardziej natarczywe, tak że ledwie słyszałam głos Gordona. Ze złością (nie lubię, kiedy ktoś przerywa mi oglądanie programów z moim idolem!) wstałam sprawdzić, co tak hałasuje. Na parapecie siedziała wielka, brązowa sowa. Już miałam wołać mamę, kiedy uparty ptak znowu zaczął pukać w szybę. Sowa uparcie, między stuknięciami, wpatrywała się na przemian we mnie i klamkę. Ostrożnie otworzyłam okno. Ptak dostojnie wleciał do pokoju i, po kilku okrążeniach wokół sufitu, zasiadł na kanapie. Podeszłam do niego pewna, że się wystraszy i odleci, jednak siedział spokojnie z wystawioną w moją stronę nóżką. Przyjrzałam się dokładniej i zobaczyłam, że ma do niej przywiązaną kopertę. Ostrożnie odwiązałam ją i otworzyłam.
Szanowna Pani Carlstone,
Mamy przyjemność poinformowania Pani, że została Pani przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia.
Rok szkolny rozpoczyna się 1 września.
Z wyrazami szacunku,
Minerwa McGonagall, dyrektor.


- Mamooo?!

__________________________________________________

Taka tam historyjka związana z Harrym Potterem...
Mam nadzieję, ze się spodoba ;>

Komentujcie, dawajcie rady!

Będę wdzięczna za każdy ślad, najmniejszą pomoc :)

Miłego czytania!

Wasza Cupcake.